Nasz profile

Szkoła pisania

Dziki Zachód

Dziki Zachód

Reportaż został wyróżniony w konkursie na reportaż studencki na konferencji dziennikarzy studenckich Medionalia.

Uzasadnienie jury: interesujące spostrzeżenia, barwna historia, temat ważny i aktualny, za malownicze obrazki, poczucie humoru, bystre obserwacje ludzkich zachowań.

Dziki Zachód

Lato było ciepłe tamtego roku. Równie gorąco zrobiło się na rynku pracy. Jako dumny reprezentant grupy bezrobotnych nie żyłem. Wegetowałem. Z dnia na dzień, ta sama rutyna. Dobroduszny PUP nie potrafił znaleźć roboty dla człowieka z mym wykształceniem. Należy wziąć sprawy w swoje ręce. W pustym już portfelu, prócz rachunków i dowodu zachowała się jedna wizytówka pośrednika pracy za granicą.

– Zadzwoń, przejdź się tam, to dobra i sprawdzona firma – przypominam sobie słowa Tomaszka, który już niejeden sezon spędził w Holandii a przy pożegnalnym piwie przekazał mi tę świętą relikwię.
Na opolskim rynku znajduje się wielu pośredników pracy tymczasowej za granicą lecz wszystkie mają wspólną cechę – zabiegi sztabu piarowców i przesłodkie reklamy skutecznie wypaczają prawdziwy obraz pracy na emigracji. O tym jednak nie dowiesz się z informatorów a dopiero na miejscu.

Ludzie! Wy dwunożne gady!
(przemyślenia Atty Trolla)

Podrzędna stacja benzynowa na przedmieściach Opola. Ludzki motłoch kotłuje się wokół swych tobołów. Pełny przekrój społeczny. Choć daje się wyodrębnić typy sezonowych emigrantów:
a)    student – trzy miesiące wolnego to wymarzony czas na podreperowanie skromnego budżetu. Ci skonkretyzowani zbierają na studia, opłaty z nimi powiązane, drobne przyjemności. Ci bez celu – na czarną godzinę.
b)    dzieciaki – młode osoby po szkołach średnich, technikach, zawodówkach. Z brakiem pomysłu na siebie i swą przyszłość. Jadą dla zabawy – zarobki zamieniają na alkohol, narkotyki, przygodny sex.
c)    stali bywalcy – średnia wieku 35+, wyjadacze i cwaniacy. Któryś sezon za granicą. Najbardziej doświadczeni. Często są to kawalerowie i wdowy.
d)    stado – cała rodzina. Najczęściej to samiec przecierał zagraniczny szlak od kilku lat i systematycznie ściągał do pracy najbliższych – samicę, młode.
e)    łobuzy – wszelkiej maści recydywiści, alkoholicy, awanturnicy, narkomani, na bakier z prawem. Tu polski wymiar sprawiedliwości ich nie dosięgnie.
f)    konkretni – jadą z jasno określonym celem: nowy samochód, dom, kapitał początkowy pod coś własnego. Najbardziej pracowici a przy tym zawistni.
Wszystkie typy swobodnie mieszają się między sobą, tworząc mniej bądź bardziej ekstremalne kombinacje.
–    Eh, znów się spóźnia, co za chujowy przewoźnik – zagaja jeden z podróżnych – a ty co młody pierwszy raz?
–    Tak, pierwszy
–    To jedną prawdę ci powiem, umiesz liczyć, licz na siebie! i nie daj się wyruchać tym sępom! Palisz?
–    Nie!
–    To dobrze. W wiatrakach 5 euro za paczkę. Ale ja to zapas mam – wskazuje jeden ze swych pakunków po brzegi wypchany fajami – czego sam nie wykopcę to sprzedam, do tygodniówki można dorobić.
Wtem orszak busów wjeżdża na CPNa. Tłum widocznie podekscytowany tym faktem kończy palić (prawdziwa zmora wśród emigrantów), zbiera manatki i posłusznie rozchodzi do danego busa. Wszystkim sprawnie dowodzi jakiś łysy grubas.
–    Malinowski Adam – czwórka, Stępka Klaudia – osiem. Wyczytywana jak na skazaniu lista zdaje się nie mieć końca.
–    Hacete Ernest  – sześć
–    O to ja i mój busik a ty młody którym jedziesz?
–    Jeszcze nie wiem – mówię ciut przerażony, by za chwilę usłyszeć
–    Kiszka Jarosław – sześć
–    A widzisz młody, jedziemy razem
Bagaż upchany, miejsce przy nowym koledze zajęte. Jeszcze tylko kierowca potwierdzi listę pasażerów i ruszymy po lepsze jutro, które tylko dziesięć godzin drogi stąd.

Goeie morgen!

Ja student, on konkretny stały bywalec. Dzięki Ernestowi poznałem fakty, o których barwne broszurki pośrednika nie piszą. Równi i równiejsi, podejście tubylców, psychoza rodaków, gdzie robić zakupy, etc. Ernest – ex-muzyk hardcorowej kapeli Hard Work (co za paradoks). Po kontuzji barku zrezygnował z muzykowania na rzecz pracy. Pytany dlaczego Holandia ucina krótko:
–    Dla takiej kasy młody!
Do końca mego pobytu w kraju tulipanów Ernest nigdy nie zwrócił się do mnie po imieniu.
–    Młody wstawaj, jesteśmy na miejscu. Pracuj dzielnie. I pamiętaj: chorujesz – wylatujesz!
Spod zaspanych powiek dostrzegam pomieszczenie przypominające szklarnię a w nim masywne stoły, ogrodowe krzesełka, rząd rowerów. Ziąb poranka budzi skuteczniej niż paskudna kawa z automatu. Spędzę tu pośród 70 Polaków najbliższe dwie godziny, o głodzie, chłodzie i pilnej potrzebie pójścia na stronę. W końcu zjawia się ktoś z biura.
–    Dzień dobry wszystkim, jestem Michał, jeden z opiekunów tego parku. Widzę, że przyjechali państwo wcześniej niż otwieramy biuro ale… przejdźmy do konkretów.
Odprawa żółtodziobów jest długą i skrupulatną drogą prowadzącą przez gąszcz papierów i procedur do wypełnienia. Z niedbale kserowanych notatek, napisanych niby to po Polsku, dowiaduję się, że będzie tu jak u pana Boga za piecem. Dostaję również zestaw powitalny: komplet pościeli, długopis, czapeczkę i koszulkę z logo i co najważniejsze – kartki godzinowe. To na ich podstawie będę rozliczany. Co do eurocenta. Firmowy bus podwozi pod bungalow, który będzie mym nowym domem na jakiś czas.
–    Postaw wódkę, papierosy lub chleb z Polski to zrobisz dobre wrażenie i wkupisz się w łaski współlokatorów – przypominam sobie słowa Tomaszka przekręcając kluczyk w zamku.
–    Witam, jestem Jarek, komu po jednym, kto pali a kto głodny?

Kiedyś znajdę dla nas dom, z wielkim oknem na świat
(Anita Lipnicka)

Każdy bungalow wygląda tak samo. Na zewnątrz i wewnątrz. Blisko sto podobnych konstrukcji w parku. Skojarzenia z obozem pracy są nieprzypadkowe. Kilka detali (bambusowy płotek, antena cyfrowego Polsatu, kwiecista grządka) zostawianych przez stada i stałych bywalców urozmaicają te zielono-białe sześciany.
Dostaję najmniejszy pokój, zwany potocznie: szafą, przejściem do Narnii, jaskinią trolla lub pokojem dla służby. Metraż 2 na 3. Skromna szafa, niewygodne i krótkie łóżko piętrowe, dziwny współmieszkaniec w gratisie. Pokój średni zajmuje dwóch braci. Panowie Knurkowie mają poważny problem z higieną osobistą i trzymaniem porządku – informuje rezolutna Ola, która ze swym chłopakiem Łukaszem rezyduje w największym pokoju. Ten najczęściej przypada parom i małżeństwom.
–    Nie martw się – pociesza Ola – i ty pewnie przejdziesz „pokojową” drogę awansu.
Im dłużej tu jesteś tym większe lokum dostajesz. Miarą sukcesu jest również przestrzeń, jaką zajmujesz w lodówce. Przypada mi w udziale mały skrawek półeczki Knurkowych braci. Najwidoczniej ci panowie żywią się wyłącznie alkoholem i tytoniem.
Pozostałe sprzęty na wyposażeniu bungala to m.in.: wypasiona wszechmogąca mikrofalówka, dzielny czteropalnikowy piec gazowy, wygodna kanapa i fotel z już mocno wytartego skaju. No i oczywiście telewizor, w centrum salonu, na chodzie przez całą dobę, integruje lepiej niż spotkania. Jedynka, TVN, Polsat (plus 10 lokalnych kanałów) wystarczą do szczęścia. Największym wzięciem cieszą się Teleexpress i Trudne Sprawy. Ludzie wolą rozpatrywać wyimaginowane problemy Okiła Khamidova niż własne. W domku nie ma pralki, jest ich sześć na cały park (znajdują się przy szklarni), pracownikowi przysługują dwa prania w miesiącu, za impulsy z karty magnetycznej. Cenne punkty trzeba oszczędzać! Oczywiście są osobniki, które wcale nie piorą (patrz bracia Knurkowie).
Ciekawość wzbudza również regulamin wewnętrzny firmy:
1.    Jest absolutnie zakazane używanie narkotyków i środków odurzających, a także być w ich posiadaniu.
2.    Spacerowanie po parku w stanie nie trzeźwym nie będzie tolerowane.
3.    Koszty zużycia wody, gazu i energii elektrycznej wykraczające ustalone normy, będą obciążeniem dla wszystkich mieszkańców domku
Niestety większość wytycznych mija się z rzeczywistością.

Jestem niewolnikiem pracy i tym się szczycę
(Nikos Kazantzakis)

–    Byłeś już przy ścianie płaczu Jarku? – pyta Łukasz przy kolacji.
–    Nie, a co to takiego?
–    To te szklane gabloty z rozpiskami, kto, gdzie i na którą ma wyjazd do roboty. Niekoniecznie pójdziesz tam gdzie obiecywali w biurze w Polsce.
–    To biegnę sprawdzić!
–    Poczekaj, pójdę z tobą, podpowiem ci co i jak.
Zamieszkałem niedaleko „szklarni” więc spokojnym krokiem po kilku chwilach byliśmy na miejscu.
–    Coś nie widzę siebie… gdzie jestem?
–    Mam cię, moje gratulacje! Free.
Free – z angielskiego wolny. Tu traktowane dosłownie – przymusowy dzień wolny od wszelkiej pracy, jednak z możliwością pójścia do innej z doskoku.
–    Niestety Jarku, podpisując umowę w tej firmie zgadzasz się na zero godzin w tygodniu i niestałe miejsce pracy. Jesteś tak zwanym skoczkiem – oświeca Łukasz.
–    To mnie pocieszyłeś – odpowiadam zrezygnowany.
–    Spoko, już gorsze akcje tu odchodziły. Raz wkręcili gościowi na free, że to robota polegająca na sprzątaniu śmieci po parku. Ten wkręcający nawet załatwił mu worek i szpikulec, a ten biedny frajer trzy dni tak sobie sprzątał, bo tyle siedział na free. Jak z tym pełnym worem podszedł do biura, to ci nie wiedzieli – czy się śmiać czy płakać!
Me wolne trwało jedynie dzień. Przez kolejne cztery tygodnie dbałem o stan zieleni w miastach. Te dni są do siebie bliźniaczo podobne, kopiuj – wklej. Pobudka szósta, wyjazd siódma, kolejna godzina drogi do celu. Pięciu rosłych chłopa w małym, ciasnym Hyundaiu. Wersja basic basic. Brak klimatyzacji i radia. Jedynie garażowe kapele disco polo na kompakcie. Poranna odprawa w firmie dopiero po sytym śniadaniu. Niezbędne sprzęty na pakę i śmig-błysk na plener. Holenderski kierownik, przypominający Papę Smerfa (i tak też przez nas zwany), dokładnie objaśnia i wskazuje tereny do uporządkowania. Przypada mi rola głównego mediatora: dwa języki płynne w mowie są mym niepodważalnym atutem. Dniówka standardowo 8 godzin, nie więcej. Przymusowa przerwa w czasie opadów (nawet delikatna mżawka się zalicza). Na fajrant czteropak na głowę (norma w wielu firmach), przybliżenie strategii na jutro i do domu.
Powrót do swego bungalow, to również początek walki o wszelkie dobro. Szczurzy wyścig do prysznica, do koryta, do telewizora. Po bezkrwawej walce o palnik, oszukanie żołądka czymkolwiek i kilkugodzinny regenerujący sen. Wieczorem ruszę na żer do sklepiku na szklarni z polskimi produktami. Prowadzi go niezwykle sympatyczna Turczynka z kompletnym brakiem znajomości elementarnych słów z języka polskiego. Również tu na szklarni najlepiej odbiera firmowy Internet. Towarzystwo z free wykorzystuje tę dogodność i siedzi tu całymi dniami i nocami.
Przez czas mego pobytu (łącznie trzy miesiące) odwiedziłem wiele zakładów pracy, m.in.: wytwórnie psiej karmy, galerię sztuki użytkowej, magazyn z zabawkami, fabrykę kostki brukowej, winnicę. Wszędzie dobrze, póki się zarabia.

Daj człowiekowi koryto, a momentalnie zamieni się w świnie!
(Andrzej Majewski)

Sami dla siebie jesteśmy szarańczą. Pełni cwaniactwa, chamstwa i próżności. Nie licz na pomoc rodaków. Sprzedadzą cię za kilka centów więcej do pensji czy szyderczy uśmiech szefa. Bez honoru i pardonu knują intrygi, moralne podkopy. Jeśli nie wyniszczą cię psychicznie, to spróbują fizycznie, śrubując normy i tempo pracy do absurdalnego stopnia. Najtwardsi stachanowcy wymiękają.
Łukasz przy kolacji (jedynie wtedy się widujemy) opowiada historię, jak na park ściągnięto grupę 50 Polaków, by zlikwidowali szklarnie ogórków. Holenderski pracodawca oszacował, że w 4 tygodnie się uwiną. Grubo się mylił – Polak potrafi. Wyczyścili wszystko w 3 dni. Tym samym odbierając sobie pracę i skazując na powrót do macierzy. Gdzie tu sens, gdzie logika?

Przetasowania, słów kilka o współlokatorach i nożowniku z Eindhoven

Ola i Łukasz to jedyni normalni ludzie, z którymi mieszkam. Według klasyfikacji: konkretni stali bywalcy. Ona, 28 lat, inżynier ochrony środowiska; On, 29 lat, magister fizyki. Para z długim stażem, fani cięższych brzmień. Próbowali czegoś w Polsce, lecz bez większego szczęścia. Zgodnie twierdzą, że jesteśmy straconym pokoleniem. Może naszym dzieciom, będzie się żyło lepiej.
Braci Knurków nie widuję, a mimo to wyczuwam ich obecność. Woń potu, tytoniu, spermy i nie strawionego alkoholu wzmacnia się z każdym dniem. Ola nazywa ich trollami lub brisami (od tego odświeżacza). Ponoć nie widać ich w pracy, a młodszy nawet zniknął na parę dni.
Odnalazł się za to mój sublokator, ale dopiero w wieczornych wiadomościach…

Holenderska żandarmeria postrzeliła na lotnisku w Eindhoven 30-letniego Polaka. Do zdarzenia doszło w piątek 29 lipca o godzinie 11.30 przed halą odlotów. Z nieznanych dotąd powodów mężczyzna zachowywał się agresywnie, groził nożem ekipie kręcącej klip muzyczny  oraz policjantowi. Sprawiał wrażenie, że jest pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Przed budynkiem hali odlotów otoczyło go 6 żandarmów. Mówił po angielsku „jestem z Polski i chcę jechać do kraju”. Nie chciał oddać noża i nim wymachiwał. Gdy słowa nie poskutkowały użyto gazu łzawiącego, następnie oddano dwa strzały gumowymi kulami, gdy to nie poskutkowało padły 4 strzały z ostrej amunicji. Postrzelono go w nogę jednak rana nie jest groźna. Sprawca incydentu został aresztowany i przewieziony do szpitala w Eindhoven. Polak nie chciał ujawnić konsulowi RP swoich danych osobistych, ani poinformować o stanie zdrowia.
[redakcja własna]

Przez następne tygodnie ten news elektryzował mieszkańców parku bardziej niż Trudne Sprawy. W miejsce feralnej trójki szybko wprowadzono nowe osoby. Awansowałem na średni pokój i dokoptowano do mnie Sidiego. Wydaje się w porządku, bratnia dusza. Janka i Łobuza ulokowano w szafie.
Wieczorem organizujemy mini-przyjęcie powitalne. Aby uprościć poznawanie nowych, opowiadają o sobie w kilku słowach:
–    Cześć jestem Dawid lecz mówią na mnie Sidi, 21 lat, student inżynierii akustycznej w Krakowie, pierwszy raz za granicą.
–    Witam, ja jestem Janek, 32 lata, z wykształcenia inżynier technologii żywienia, to nie mój pierwszy raz za granicą, do niedawna Irlandia
–    Siema, jestem Marcin z Krasiejowa, idę się przejść – jakby ktoś się o mnie pytał, to mnie nie widzieliście.
I rzeczywiście za niecały kwadrans przychodzi jakiś jegomość. Mocno zdyszany, podirytowanym tonem pyta:
–    Nie wprowadził się do was jakiś nowy facet?
–    Tak, tych dwóch tutaj – wskazuję na Janka i Sidiego.
–    Nie, to nie oni. Szukam takiego wesołka z kucykiem.
–    Nie widzieliśmy, a coś się stało?
–    Ta, ten skurwiel nie zapłacił mi za przejazd z Polski 60 euro!
–    Tu nikogo więcej nie było, niech pan poszuka w innych domkach.
–    Już ja go dorwę…
Kierowca, jeszcze bardziej wkurzony wyszedł z trzaskiem drzwi. Niedługo po nim wrócił Marcin, zwany od tej chwili Łobuzem.
–    To na czym to skończyliśmy? – pyta – a tak integracja, ale przy marnej Sangri!
Zwinnym ruchem spod pazuchy wyciągnął markową polską wódkę, rozlał każdemu i zaczął ponownie:
–    Siema, jestem Marcin z Krasiejowa…

Pieniądze szczęścia nie dają – dopiero zakupy!
(Marylin Monroe)

Nowi lokatorzy, pilnie potrzebując wybrać się na zakupy, mianowali mnie swym koryfeuszem promocji. Najtańszym i najlepszym sklepem dla emigranta w Holandii jest… Lidl. Lokalny odpowiednik polskiej Biedronki. Wyżywi, napoi do syta, nie rujnując portfela. Metodą prób i błędów można prosto skompletować odpowiednie menu. Cechą wspólną ludności polskiej i holenderskiej jest jedzenie dużo i dobrze, niemniej jednak sztuka kulinarna tego kraju jest mało urozmaicona. Prym zatem wśród emigracji, wiodą tradycyjne polskie potrawy. Niestety na próżno szukać w tutejszych marketach kilku naszych frykasów, np.: kiszonych ogórków i kapusty, kiełbasy, pieczywa na zakwasie, wódki.
–    Jarku a prawda to, że ten ich chleb można skompresować do jednej kromki?
–    Tak Janku, to prawda i nie trzymaj go dłużej niż dwie doby, bo ci spleśnieje!
Na innym dziale również ogłupienie.
–    To oni nawet mają kaucję na napoje w tych plastikowych butlach?
–    Tak Sidi i jest to bardzo opłacalne, widzisz ta butelka wody kosztuje 40 eurocentów, ale kaucja za samą butelkę to 25 eurocentów, z powrotem do twojego portfela. Pogratulować – z sensem i dbałością o środowisko!
–    A gdzie zgubiliśmy Łobuza?
–    Już dawno przed sklepem, coś tam w siebie wlewa – odpowiedział Janek.
A wleje niemało… Holenderskie piwa są słabe i sprzedawane w małych puszkach czy butelkach – 0,33 ml. Moda ta także przywędrowała do Polski.
Pod marketem oczekujemy na firmowy autobus zwany pieszczotliwie „bydłowozem”. Zawiezie nas na park, który jest usytuowany na peryferiach miasteczka Maasbree. Sam ośrodek jest położony wśród ostępów leśnej głuszy, otoczony drutem kolczastym, z dala od cywilizacji. Na polach w promieniu kilku kilometrów od kempingu rolnicy już dawno przestali uprawiać warzywa, gdyż te lądowały głównie w polskich garnkach. Sadzą odmiany z przeznaczeniem na paszę dla zwierząt.
Czas na przepakowanie zakupów i przemyślane ułożenie ich w lodówce.
–    Łobuz skąd masz tyle dobroci? – pytam zaciekawiony.
–    A wiesz, promocję mieli… – odpowiada zadowolony upychając łupy, soczyste szynki i serowe bryły.
Nie dziwią zatem wywieszane w holenderskich sklepach, kartki z napisanym po polsku i wyłącznie dla Polaków, nakazem zostawiania plecaków i toreb przed wejściem, a w przypadku wykrycia kradzieży – sprawy z policją i słonymi karami. Wstyd.

W oczekiwaniu na weekend

Piątek wieczór, intensywniejszy odpoczynek po ciężkim tygodniu pracy – czas start. Aromat grillowy miesza się z marihuanowym. Rodacy najpierw z sobą piją, potem się biją. Przygodny seks znajdziesz już od 10 Euro. Adresy parkowych cichodajek to tajemnica Poliszynela. W tym bagnie rozpusty tonie wszelka moralność i godność. Słucham historii o pewnej parze, a raczej dwójce małżeństw. Gdy wyjeżdżają za granicę, mąż z małżeństwa X i żona z małżeństwa Y, tworzą parę tu na miejscu; natomiast pozostałe w kraju ich połówki – żona X i mąż Y także się łączą. Inna historia:
–    Mam koleżankę – opowiada Janek – która ruszyła do Holandii wraz z chłopakiem. Sympatyczna para z dwuletnim stażem. Na wyjeździe niestety coś się popsuło i żyli w separacji. Ona podrywała jakiegoś urodziwego tubylca. Po dłuższych staraniach zaprosiła go do bungala na małe co nieco. Doznała szoku gdy wracając wcześniej z pracy, zastała na sofie namiętnie całujących się jej byłego z aktualnym!
–    Fuuuuj Janek, proszę cię!
–    No co, taka życiówka!
Dźwięki ekscytacji i histerycznych krzyków dobiegają z sąsiedniego bungalow. Idziemy sprawdzić o co chodzi. Ukazuje się nam przepiękny widok, jakby z planetarium. To „kosmos”. Przepis na własny: zakupić możliwie największą ilość fluorescencyjnych rurek, uciąć końcówki, rozpryskać zawartość w ciemnym pomieszczeniu. Efekt niesamowity. Z dodatkowym upaleniem – totalny odlot. Co bardziej kreatywni nie potrzebują środków dopingujących do dobrej zabawy. Zwiedzają okolicę, uczą się języka, jeżdżą na wycieczki fakultatywne, odsypiają. Hulaj dusza piekła nie ma, mało kto zabiega by w niedzielę pójść do kościoła.

Co kraj to obyczaj

Holandia to specyficzny kraj:
1.    Charakterystyczne budownictwo: głównym budulcem jest cegła (w każdym możliwym odcieniu), całe miasta i wioseczki są z niej zbudowane. Ogromne okna pozbawione firanek.
2.    Uprzywilejowana pozycja rowerzystów, dla których infrastruktura drogowa jest niespotykanie rozbudowana – własne pasy, ronda, absolutne pierwszeństwo przed pojazdami.
2.    Tu rząd wprowadził liberalne prawa dotyczące narkotyków, prostytucji, aborcji, eutanazji oraz związków homoseksualnych.
4.    Osoby są otwarte, życzliwe i bezpośrednie lecz doskonale potrafią oddzielić sprawy osobiste od zawodowych. Niestety z kiepską znajomością Polski i Polaków. Bazują na utartych schematach, a łobuzy dają im ku temu nie mało powodów. Wskazanie nas na mapie to spory problem. Nie mamy czekolady, prądu i mieszkamy w lepiankach.
Wszystko sprawdzone osobiście. Podczas tych wszystkich prac Holendrzy z ciekawością i bez bojaźni rozmawiali, ze mną zwykłym robolem. Niesamowite.

Coś się kończy, coś się zaczyna
(Andrzej Sapkowski)

Nadchodzi jesień. Studenci zjeżdżają, dzieciaki nadal się bawią i bawić będą. Reszty także długo nic stąd nie ruszy – dopiero Wigilia. Na miejscu spotkałem się z nowym typem emigranta: g) karierowicz – wyższy stopień ewolucji stada i stałego bywalca. Chce tu zostać na zawsze. Pilnie uczy się języka niderlandzkiego, wynajmuje mieszkanie poza parkiem, walczy o stały kontrakt z holenderską firmą, pomijając polskiego pośrednika. Zapomina kim był i skąd pochodzi. Większość gardzi Polską, nieliczni mają sentymenty.

Te trzy miesiące to był dobry czas. Czas poznania na własnej skórze jak zachód dziczeje dzięki naszej nacji. Choć serce podpowiada zostań, to rozum kalkuluje – cztery tysiące miesięcznie, długi do spłacenia, brak perspektyw tu na miejscu. Powrót jest nieunikniony, w portfelu znowu pusto.

Rok później od opisanych zdarzeń:

– Ola i Łukasz planują ślub, odłożyli potrzebną sumę. Bezrobotni. Kiedyś mamy się spotkać.
– Sidi kontynuuje studia, co rusz podsyła mi linki do nowych, świetnych kapel, planuje wrócić.
– Ernest przeniósł się do Warszawy, współorganizuje festiwale tatuażu.
– Janek po krótkim epizodzie w Polsce z piekarnią wrócił do Holandii lecz przez innego pośrednika, mamy stały kontakt na GG.
– O Łobuzie, braciach Knurkach i nożowniku z Eindhoven już nigdy nie słyszałem.
– Tomaszka mimo, że mieszka niedaleko mnie, widuję sporadycznie. Pewnie rozpoczął kolejny sezon.
– Ja – kończę studia, jestem bezrobotny i PUP nadal nic mi nie oferuje. Przygotowuję się do dłuższego pobytu pracowniczego za granicą.
– Firma pośrednicząca zmieniła nazwę by uniknąć wysokiego opodatkowania. Pod nowym szyldem nadal wysyła ludzi na dziki zachód.

(Jarosław Kiszka)

Redakcja Pod Prąd

Magazyn "płyń POD PRĄD” jest ogólnopolskim bezpłatnym kwartalnikiem studenckim z corocznym numerem specjalnym - STARTER dla studentów pierwszego roku. Magazyn trafia w potrzeby studentów używając różnorodnych form, takich jak: reportaże z ważnych wydarzeń na uczelniach; wywiady ze studentami, psychologami, profesorami, ciekawymi ludźmi; prezentacje kół naukowych; porady dotyczące zachowania się w różnych sytuacjach w życiu studenckim. „płyń POD PRĄD” dotyka ważnych tematów w życiu społecznym studenta, takich jak nauka, wartości oraz relacje międzyludzkie. Chcesz do nas pisać? Napisz! redakcja(at)podprad.pl Chcesz by objąć patronatem wydarzenie studenckie? Napisz do Marty! Marta Chelińska mchelinska(at)hotmail.com Kontakt do naczelnej - Katarzyny Michałowskiej: naczelna(at).podprad.pl

Komentarze

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także Szkoła pisania

Na górę