Nasz profile

Wojciech Jagielski – Wypalanie traw

Książki

Wojciech Jagielski – Wypalanie traw

Wojciech Jagielski – Wypalanie traw

Wyd. Znak 2012
Ocena 5/5

Południowa Afryka. Dla wielu kraj marzeń. W Johannesburgu, potem Kapsztadzie przez kilka lat mieszkała moja siostra z rodziną. Mieli wielkie domy z ogrodem i ogrodnikiem. Z okien w Kapsztadzie we wrześniu widywali wieloryby. Wypoczywali w parkach safari. Szwagier do dziś żałuje, że musieli wyjechać z „raju”.

Wojciech Jagielski pokazuje inną Południową Afrykę. Nie tę z materiałów reklamowych biur podróży, wyborów Miss Świata w Suncity czy relacji z mundialu 2010. Afrykę w małym stopniu doświadczaną przez dobrze sytuowanych obcokrajowców z dzielnic dla białych dużych miast.

„Wypalanie traw” mówi o życiu, działalności i śmierci Eugene’a TerryBlanche’a, przywódcy partii walczącej o zachowanie segregacji rasowej i odłączenie republiki Burów od Południowej Afryki. Skupienie fabuły wokół historii jednego człowieka nie przeszkadza Jagielskiemu dogłębnie omówić sytuacji całego kraju, historii i skutków apartheidu. Poprzez opowieści białych i czarnych mieszkańców miasteczka Terre’Blanche’a dziennikarz pokazuje bezradność i beznadzieję rządów po zniesieniu systemu rasowego. Opisuje działania wpływowych grup i partii jak lwy próbujących rozdrapać południowoafrykański łup. Pisze o biedzie dotykającej zarówno czarnych, jak i w coraz większym stopniu białych mieszkańców RPA, o nienawiści i uprzedzeniach wszystkich do wszystkich (czarnych do białych, białych Burów do białych Brytyjczyków itd.).

Książkę czyta się inaczej niż wcześniejsze dzieła autora. Do dawnej rzetelnej reporterskiej roboty Jagielski dołożył lekkość literackiej formy. Nie gubimy się pomimo wielowątkowej fabuły. Postaci są jędrne, wyraziste, wielowymiarowe. Historie szczegółowe, ale i potoczyste. To wysoka półka reportażu literackiego, trudno nie pokusić się o porównania z Kapuścińskim.

Po „Wypalaniu traw” znacznie lepiej rozumiem południowoafrykański świat znany wcześniej głównie z opowieści siostry. Świat niestety skomplikowany i smutny po skądinąd słusznej rewolucji społecznej.

FRAGMENTY KSIĄŻKI:

„Wspominając brata, Dora van Zyl podkreślała zawsze wielki, przemożny wpływ, jaki wywierał na ludzi. Szczególnie ujawniało się to podczas wieców, na których występował w paradnym mundurze, wśród pochodni rozświetlających nocny mrok. Wtedy było najlepiej widać, jak wielką miał w sobie moc i jak potrafił panować nad umysłami i duszami ludzi. – Był urodzonym przywódcą – mówiła Dora. – Bo przywódcą można się tylko urodzić. Tego nie da się nauczyć. A Eugene był urodzonym przywódcą. Jak Adolf Hitler.

Wśród Burów w Transwalu nazwisko wodza niemieckich faszystów nie wywoływało potępienia lub grozy jak w Europie, gdzie uchodziło za jedno z imion diabła, a Hitler za wcielenie czystego zła.

Burowie przegrali z Brytyjczykami walkę o panowanie nad Przylądkiem Dobrej Nadziei, choć wylądowali tam jako pierwsi biali osadnicy. Powędrowali więc na północ, w głąb interioru, by na stepie założyć własne, niezależne od nikogo republiki. Ale i te, jedna po drugiej, odbierali im nienasyceni Brytyjczycy.

[…] Burowie zawsze już trzymali stronę tych, którzy zwracali się przeciwko Anglikom. Kiedy południowoafrykański rząd z Pretorii, solidarnie z Wielką Brytanią, przystąpił do wojny światowej przeciwko Niemcom, Burowie niemal wzniecili zbrojny bunt, a w wielu burskich miasteczkach w Transwalu w szkołach wprowadzono naukę języka niemieckiego.

– Porównuję Eugene’a do Hitlera, bo cokolwiek by o nim powiedzieć, Hitler był przecież urodzonym przywódcą – zaznaczała Dora. – Brytyjczycy mówią, że był zbrodniarzem, bo wywołał wojnę i mordował Żydów w obozach koncentracyjnych. Ale u nas ci sami Brytyjczycy też zakładali obozy koncentracyjne, w których zagłodzili tysiące burskich kobiet i dzieci, a cały kraj puścili z dymem. Czy to nie zbrodnia?”

„Armand van Zyl, młody pastor z Afrykanerskiego Kościoła Protestanckiego, nauczał, że każdemu człowiekowi dobry Bóg przeznacza jakieś miejsce na ziemi. Każdy powinien je odnaleźć i się go trzymać.

– Apartheid, odrębność, to po prostu dobre sąsiedztwo – mawiał. – To, że dobrzy sąsiedzi żyją oddzielnie, rozdzieleni granicznym murem, nie musi oznaczać, że są sobie wrogami, lecz po prostu że każdy z nich żyje po swojemu i godzi się na swoją inność.

W żadnym z kazań wielebny nie pozwolił sobie powiedzieć niczego, co mogłoby zostać uznane za wynoszenie się nad innych, pochwałę pogardy czy wrogości wobec bliźnich. Uważał to za ciężki grzech, przed którym przestrzegał swoich wiernych.

– Bóg w swojej nieodgadnionej mądrości stworzył świat nieskończenie różnorodny. Gdyby chciał go urządzić inaczej, sam by to zrobił – mawiał. – Nie należy poprawiać Stwórcy ani próbować zmieniać Jego dzieła. Skoro stworzył rozmaite barwy, kształty, różne gatunki, mowy, kultury i narody, to taka właśnie była Jego wola, z którą możemy się tylko godzić. Mieszanie w jedno tego, co Bóg umyślił sobie różnym, odbiera światu całe jego bogactwo i piękno, prowadzi tylko do nieszczęścia i grzechu pychy.

[…] Burowie, wzorem Brytyjczyków i innych białych osadników, stając się właścicielami południa Afryki, swoją odrębność zaczęli jednak uważać za wyższość i pierwszeństwo, a z głoszonego przez Boshoffa obowiązku powinności wobec innych narodów i ras uczynili swoje prawo do wysługiwania się nimi.

– Z sąsiadów staliśmy się ciemiężycielami, wyzyskującymi innych i odmawiającymi im tego, czego domagaliśmy się dla siebie. Sami zohydziliśmy życie w odrębności – mówił z żalem pastor Armand van Zyl. – Chciwość, pycha i próżność zawsze sprowadzały grzesznych ludzi na manowce.”

Małgorzata Serkowska

Pisze teksty kulinarne i z pogranicza psychologii. Jako redaktor d.s. patronatów, uczyła się bezlitośnie redagować każdą nadesłaną notkę prasową. Pracuje jako nauczyciel i mentor. Lubi podróże, gotowanie, spacery w lesie. Nie cierpi pośpiechu i kłótni.

Komentarze

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także Książki

Na górę