Nasz profile

Krzysztof Miller – 13 wojen i jedna

Książki

Krzysztof Miller – 13 wojen i jedna

Krzysztof Miller – 13 wojen i jedna

Wydawnictwo Znak Kraków 2013
Ocena 4+/5

Wielokrotny mistrz Polski w skokach do wody, dziś ponad pięćdziesięcioletni, uznany na całym świecie fotoreporter niedawno zamknął trudny okres powrotu do życia i normalności. Skąd przerwa w życiorysie? Odpowiedź znajdziemy w „13 wojnach i jednej”.
To jest i nie jest książka o wojnie. Nie są to reportaże z konfliktów obserwowanych i uchwyconych na zdjęciach przez Krzysztofa Millera. Tłumaczenie  wojennych zawiłości nie jest jego celem. Tego możemy szukać u Kapuścińskiego czy Jagielskiego.

To raczej opowieść o wojennej codzienności fotoreportera. Pełnej śmierci, urwanych nóg i rąk, otępienia z rozpaczy, strachu i ulgi, głodu i prostego żarcia, przekleństw, alkoholu i narkotyków, czyli wszystkiego, co na wojnach jest normą.

To również historia zamiatania przez Millera obrazów wojennych w ciemne kąty umysłu oraz zapłaty za długotrwały stres i uciekanie od rzeczywistości. Gdy zwolnił tempo życia, a zawód fotoreportera  zaczął zamierać z powodu możliwości  dokumentowania wydarzeń byle komórką, jego psychika zbuntowała się. Nie mógł dłużej migać się od rozliczenia z demonami wojny, a napisanie książki było elementem terapii odbytej w Klinice Stresu Bojowego.

Czytając, wchodzimy w buty Krzysztofa Millera, ale nie są to buty wygodne. Lektura może wydać się nużąca, jak nużące bywa przyglądanie się wciąż i wciąż tragedii innych ludzi. Jednak nie warto zbyt szybko rezygnować. Autor co prawda twierdzi, że nie lubi pisać, ale wcale nie oznacza to, że pisać nie umie. Niezwykłość książki polega na tym, że wojenne historie widzimy jakby przez obiektyw  fotoreportera. Tu szczegół, tam szczegół, tu wybuch pocisku powodujący chwilową głuchotę i krwawienie z uszu, tam kobiety szykujące dla żołnierzy baranie szaszłyki. Atutem są też zamieszczone w książce fotografie autora, wielokrotnie nagradzane na całym świecie. Ożywają i nabierają barw, gdy sam o nich opowiada. Choćby dla tych zdjęć i ich opisów warto sięgnąć po „13 wojen i jedną.”

Fragmenty książki:

„Do bazy przyczajonej przy jakimś zakładzie przemysłowym dotarliśmy pod wieczór. Pierwsza linia frontu kilometr dalej. Sama baza nieduża, ot, prosty bunkier. Ktoś tłumaczy, że przeciwatomowy. Dla technicznej obsługi zakładu, który stoi obok. Rzeczywiście, schody do bunkra to nie są zwykłe schody. Korytarz ciągle skręca, zagina się, zmienia kierunek. Na każdym zagięciu szerokie na pół metra stalowe wrota z zamykającym je kołem-klamką. Teraz otwarte, bo atomówki nikt się nie spodziewa. Wojna wojną, a realia realiami. Jak zamkną odrzwia, będzie duchota, a odłamków poprzecznie połamane schody i korytarze i tak w dół nie wpuszczą.

Jemy z obrońcami gorący barszcz. I walimy sie spać na podłodze bunkra. Ja zasnąć nie mogę. Kusi mnie sytuacja. W bunkrze oprócz nas nocuje kilkudziesięciu chłopa. Wojskowe buty i militarne kurtki zastygły we śnie. Obraz niezwykle rzadki. Wyjmę aparat i naciskam migawkę, nim ze spokojem sumienia zasnę.”

„Tragedia wydarzyła się zaledwie kilka chwil wcześniej. Miejsca nikt wysprzątać jeszcze nie zdążył. Nie poprawił, jak dziś poprawia się zdjęcia w Fotoszopie. Ilu w kościele schroniło sie ludzi, można obliczyć, rachując stojące wokół rowery. Pięćdziesięciu dorosłych, szacuje ostrożnie. A dzieci raz, dwa razy tyle, wiezionych na bagażnikach, na rowerowej ramie, biegnących obok z matką, ojcem, którzy rowerów nie mieli. Że dzieci były, wiem na pewno. Bo na klepisku wokół świątyni walają się ciągle świeże pamiątki spalonych tu ludzi. Szczątki wytopionych lalek. Ich główki jak naleśniki usmażone na patelni. Zdeformowane ołowiane żołnierzyki. Potopione żarem metalowe kubki. (One przydać się jeszcze mogą). Plastikowe klapki, które u mnie w kraju nazywają japonkami. Numer roztopionej japonki wskazuje wiek ofiary. Jak klapek numer 25, to dziecko miało pięć lat. Jak numer 31 czy 32, to lat sześć.[…]

A wokół kościoła te przepalone rowery. Stoją, otaczają go, poustawiane w karne szeregi. Jakby dopiero co wyszły z huty, z fabryki. I były gotowe do jazdy. Wszystkie monochromatyczne, w kolorze ognia. Ze stopionymi oponami. Trwają tak. Są. Czekają. Jak wierne psy na właścicieli.

Nie doczekają się.”

 

Małgorzata Serkowska

Pisze teksty kulinarne i z pogranicza psychologii. Jako redaktor d.s. patronatów, uczyła się bezlitośnie redagować każdą nadesłaną notkę prasową. Pracuje jako nauczyciel i mentor. Lubi podróże, gotowanie, spacery w lesie. Nie cierpi pośpiechu i kłótni.

Komentarze

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także Książki

Na górę