Nasz profile

Studenci

Wyspy Karola

Wyspy Karola

Na wyspach Polinezji Karol zostaje zaproszony na ucztę. Ma odpłynąć z dwoma Polinezyjczykami na niezamieszkałą wysepkę. Miejscowi wyruszają, zabierając ze sobą maczetę, wodę i sól. Karol jest przerażony, ponieważ członkowie tego plemienia do niedawna jadali ludzi. Ryzykuje. Wypływa z nimi.

Przede mną siedzi wysoki chłopak, który z uroczym uśmiechem stara mi się opowiedzieć o tym, co robił prawie rok na Oceanie Spokojnym. Student piątego roku wydziału mechanicznego Politechniki Gdańskiej. Karol Janas. Rozmawiam z nim rok po powrocie z wyprawy Jachtem od Kanady do Australii.

Polskie korzenie

O tym, że ktoś z Kanady zbiera załogę na rejs do Australii, Karol dowiedział się od swego przyjaciela Grzegorza. Do niego napisał Łukasz, Polak mieszkający w Kanadzie. Zainteresowały go fotografie ze spływu tratwą po Wiśle. Grzegorz i Karol rok wcześniej wpadli na pomysł zbudowania katamaranu z pustych butelek i przepłynięcia nim z Krakowa do Gdańska. Łódkę wykonali samodzielnie. Tak jak ojciec Łukasza, który wraz z braćmi, pod koniec lat osiemdziesiątych, na działce w Nowym Sączu, zbudował jacht. Twórcy nazwali go Nekton, zwodowali w Szczecinie i wypłynęli z zamiarem okrążenia świata. Pomysłu nie zrealizowali, bo zatrzymali się w Kanadzie, gdzie zamieszkali. Obecnie Łukasz pływa tym jachtem w dalekie wyprawy. Pomyślał, że do Australii chciałby wyruszyć z Europejczykami.

Załoga

Karol i Grzegorz decydują się zaciągnąć na jacht. Nie mają funduszy, więc w wakacje jadą zarabiać do Szkocji. Pomimo napotykanych problemów, przywożą do Polski trochę pieniędzy. W ostatniej chwili Grzegorz rezygnuje z wyprawy, a Karol pisze podanie z prośbą o urlop dziekański. Okazuje się, że zrobienie sobie rocznej przerwy nie jest takie proste. Jego rocznik to ostatki systemu pięcioletniego. Po wielu spotkaniach, prośbach i podaniach udaje mu się uzyskać podpis na karcie urlopowej. Na początku marca Karol wylatuje z Polski do Vancouver. Tam przez dwa miesiące pracuje przy renowacji jachtu, by zarobić na rejs marzeń. Grzegorza zastępuje jego kolega ze Szwecji – Henrik. Dodatkowo do załogi dokooptowany zostaje znajomy Łukasza, pewny siebie, zafascynowany sportami ekstremalnymi Kanadyjczyk – Rory.

28 dni na oceanie

Jedenastego maja Łukasz, Karol, Henrik i Rory wyruszają, by zmierzyć się z Oceanem Spokojnym. Pogoda jest brzydka. Kierują się na południe. Przez pierwsze dni rejsu poznają się lepiej. Rory uważa, że jeśli sprawdził się w ekstremalnych sportach, to poradzi sobie z oceanicznym żeglarstwem. Po raz pierwszy znajduje się na otwartym morzu. Wiatr przybiera na sile. Nadchodzi ciężki do opanowania sztorm. Rory od wypłynięcia cierpi na chorobę morską. Prawie nie je i nie śpi. Wiatr dmie z prędkością 11 w skali Beauforta. Ogromne fale bujają łódką w każdą stronę. Żeglarze starają się trzymać kurs, jednak fale są na tyle wysokie, że kierują ich na północ, z powrotem do Kanady. Choroba Rory’ego wzmaga się. Atmosfera na jachcie staje się napięta. Łukasz wie, że musi podjąć decyzję. Kierują się do San Francisco. Tam żegnają się z Rorym. Ustalają częstsze wachty i płyną przez 28 dni, by pokonać 3 000 mil (około 6 000 kilometrów), już w spokojniejszych okolicznościach.

Szok kulturowy

Pod koniec czerwca polski jacht dopływa do Markiz, pierwszych wysp Polinezji. – Po miesiącu na oceanie zapach gleby wydaje się cudowny – mówi Karol. – Na lądzie oczarowały mnie Polinezyjki. Wszystkie z kwiatami we włosach, girlandami na szyi oraz uroczymi uśmiechami. – Gdy żeglarze dopłynęli na wyspę, w wiosce trwały wybory miss. Jako jedyni biali ludzie mogli je obserwować. – Na wyspach spotkaliśmy się z niezwykle miłym przyjęciem – opowiada Karol. – Podczas długiego rejsu czytałem wiele książek na temat historii tego miejsca i dowiedziałem się, że narody te doznały wiele złego od białego człowieka.

Wielka rodzina

Podróżnicy nie spieszą się. Pływają z wyspy na wyspę. Poznają ludzi i prowadzą rytualną wymianę. – Przetworzone produkty są wiele warte, ponieważ sklepy należą do rzadkości – mówi Karol. – Kupione w Kanadzie za 2 dolary wino, wymieniają na metrową kiść bananów oraz pięć kilogramów limonek. Dopływają do Palmerston na Wyspach Cooka, która została zamieszkana sto pięćdziesiąt lat temu przez Anglika Williama Marstersa oraz jego trzy maoryskie żony. – Mieszkańcy wyspy noszą to samo nazwisko, mimo że obecnie podzieleni są na trzy rody wywodzące się od żon patriarchy – opowiada Karol. – Rody rywalizują między sobą o ugoszczenie przypływających żeglarzy. Do swego domu zaprasza ich Bob Marsters. Pomimo tego, że na nieurodzajnej glebie rosną tylko palmy, rodzina częstuje ich tym, co posiada. Oni w zamian pomagają karmić kokosami ich kury i świnie.

Dwa tygodnie

Karol i jego towarzysze, pływając, orientują się, że wysepki powstałe na koralowcach są nieurodzajne. Natomiast wyspy wulkaniczne, to raj na ziemi. Mieszkające tam plemiona, do momentu przypłynięcia chrześcijańskich misjonarzy, wierzyły, że zjedzenie drugiego człowieka daje moc. – Zostałem zaproszony przez tubylców na obiad. Zacząłem się bać, gdy wzięli ze sobą tylko maczetę, wodę i sól. Ale dzięki tej wyprawie dowiedziałem się, że tu można dużo zjeść w każdym miejscu. Należy się tylko rozglądać. Na wyspie jest tak, jak w supermarkecie. Trzeba wiedzieć jakiej półki szukać – podsumowuje Karol. Dopływają do Fidżi. Tu robią dwutygodniową przerwę w rejsie. Do Łukasza przylatuje rodzina, Henrik przez ten czas surfuje, a Karol bierze namiot i dwa tygodnie spędza, poznając mieszkańców wyspy. – Tylko jedną noc spędziłem w namiocie, ponieważ zawsze ktoś mnie zapraszał do swego domu – mówi. Zaprzyjaźnia się z pewną rodziną, która, nie chcąc, aby jechał w pojedynkę w góry, wysyła go ze swoim piętnastoletnim synem jako przewodnikiem. – Dzięki temu odwiedziłem ich dziadka w nieprzyjaznym, górzystym sercu wyspy – wspomina. – Tamta ludność rzadko widuje białych ludzi. Gdy mnie zobaczyli, jedni byli nieufni, a inni okazywali zainteresowanie.

W ogniu

Po wznowieniu rejsu w kierunku Australii, żeglarze dopływają do Vanuatu. Tam pewna rodzina za przywieziony prowiant odpłaca się wycieczką do czynnego wulkanu Mt. Yasur. – Tu przeżyłem chwile grozy. Wulkan co kilka minut wyrzucał z siebie porcje wrzącej lawy, lecącej kilkaset metrów w górę. Po pierwszym wybuchu chciałem uciekać. Na szczęście roztopiona skała nie była w stanie nas dosięgnąć – wspomina Karol. Życie na wyspach toczy się swoim leniwym rytmem. – By choć trochę poznać którąś z wysp Oceanii, należy mieć wiele czasu. Biali turyści chcący szybkiego zwiedzania, nieznoszący opóźnień i zmian planów, wyjadą stąd rozczarowani. Tu trzeba dostosować się do polinezyjskiego tempa życia. Spokojnie i bez paniki – podsumowuje Karol. Ostatnie dwa miesiące spędza na samotnej wyprawie po Australii. – To jest zupełnie inny, choć również ciekawy kraj, ale o tym opowiem ci innym razem – kwituje.

Katarzyna Michałowska

Czas trwania rejsu: 11.05.2010-23.11.2010

Odwiedzone miejsca: Vancouver (Kanada), San Francisco (USA), Markizy, Wyspy Tuamotu, Wyspy Towarzystwa, Palmerston (Wyspy Cooka), Niue, Tonga, Fidżi, Vanuatu, Brisbane (Australia).

CZYTAJ DALEJ
Zobacz również
Katarzyna Michałowska

Redaktor naczelna Magazynu "płyń Pod Prąd", reporter, dziennikarz, podcasterka na StacjaZmiana.pl, ogarnia @3miastotweetup i @TweetupAcademy. Przewodniczka po muralach na Zaspie #kochamurale. Od wielu lat szkoli młodych dziennikarzy. Prowadzi warsztaty związane z rozwojem inteligencji emocjonalnej. Inicjatorka i dyrektor programowy konferencji Medionalia. Twitter: KaMichalowska Snap: podprad Insta: Kmichalowska mail: naczelna(at)podprad.pl

Komentarze

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także Studenci

Na górę