Nasz profile

Studenci

Do przodu

Do przodu

Opowieść Pauli Fijało o wakacyjnej, autostopowej wyprawie do Iranu na dwie części podzielonej.

– Dokąd podwieźć ?

– Do przodu !

– A gdzie to jest ?

– …

Przyszedł czas na podsumowanie mojej podróży, jedni nazwą ją mała inni wielką, ale ja nazywam ją spełnioną, mimo nie zrealizowanego do końca planu. Choć nie wyjechałam za granicę Iranu – co zablokowało mi wjazd do Indii – to jest ona dla mnie spełniona w kontekście przygód i własnych, wewnętrznych przeżyć.

Plan

Na początku był plan, potem jego realizacja, która kompletnie nie odzwierciedlała założonych wcześniej celów. W czerwcu wyjechałam z Gdańska w autostopową podróż do Tybetu. Całą trasę miałam pokonać sama, ale mój ukochany z dnia na dzień zdecydował się eskortować mnie do Bułgarii. Wyjechaliśmy pięknego poranka, by jak najszybciej dostać się na Ukrainę, która była mi kompletnie nie po drodze i nie została objęta podstawowym planem. Jednak Michał mimochodem bąknął coś o tym kraju, to w sumie czemu by nie zboczyć trochę z trasy i przy okazji nie odwiedzić starych znajomych?

Smak

Polskę przejechaliśmy standardowo bez większych trudności – kilkanaście sprawnych stopów i byliśmy pod ukraińską granicą. Na Ukrainie rozpoczęła się już prawdziwa przygoda i na początek wpadliśmy do Lwowa w odwiedziny do naszego starego przyjaciela Volodymyr’a. Z tego urokliwego miasta jechaliśmy kilka następnych dni w stronę „byle na wschód”. Po drodze zwiedzaliśmy wszystko co wydawało się nam niepowtarzalne i ciekawe, a jedliśmy wszystko to co wydawało nam się TANIE i lokalne. Częstą konsekwencją takiego wyboru, mimo braku „pudlowo-francuskiego” podniebienia był fakt, że owe jedzenie było paskudne w smaku i niestety śmierdzące, co utrudniało jego konsumpcję. 

Zapach

W zasadzie Ukraina była dość ciężka, gdyż nie korzystaliśmy z couchsurfigu i przez cały pobyt spaliśmy na dziko. Co za tym idzie często się nie myliśmy, co przy wysokiej temperaturze, ciężkim bagażu i lejącymi się hektolitrami potu dawało nam samym – delikatnie mówiąc – „nieprzyjemnie” o sobie znać. W zasadzie nie do końca nam samym, ale biorących nas autostopem kierowców, którzy na pierwszy rzut oka (jak i drugi) byli dobrze sytuowani i woleli zapach perfum D&G niż nasz swojski, ciężko wychodzony zapaszek. Za to, gdy złapaliśmy stopa z ubogimi ludźmi to czuliśmy się swojsko, a nawet bardzo dobrze bo wyglądaliśmy podobnie i nikt nie czuł się od nikogo gorszym i nikt nie zastanawiał się kiedy kto widział ostatnio wodę, i kiedy ostatnio kajał się nią po ciele pieniącym się mydłem.

Dużą niespodzianką był dla nas fakt, że gdy zmierzaliśmy na podbój Rumuni, to będąc na granicy ujrzeliśmy wielki napis Moldavia. Do dziś nie wiem jak to się stało, gdyż wszystkie drogi i wskazówki prowadziły do granicy z Rumunią. Nawet lokalsi w swoim narzeczu mamrotali „to dobra droga”, ale żeby nie było tego złego i że jesteśmy obrażeni na cały świat, to przekraczamy uradowani od ucha do ucha granicę mołdawsko-ukraińską. 

Na lodzika

Mołdawia… Pierwsze co robimy w nowym kraju to odprawiamy nasz rytuał, czyli idziemy „na lodzika”, bo święcie wierzymy w fakt, że zjedzenie lodów od razu po przyjeździe do nowego kraju daje nam szczęśliwy w nim pobyt. Drugą rzecz, którą robimy to dowiadujemy się jak się dostać do Rumuni najkrótszą drogą i łapiemy tam od razu stopa. Gdy zauważyliśmy teren graniczny, to buźki znów nam się ucieszyły. Zabraliśmy się czym prędzej na podbój Rumuni czyli kulturalnie, z uśmiechem człapiemy na tzw. „pielgrzyma” w stronę Rumuńskiej krainy, mijając kilometrowe kolejki samochodowe i ciesząc się w duchu z faktu, że my jesteśmy „nożnie” a nie autem. Robiąc już totalnie ostatni krok, którego noga  stanęła by po „tamtej” stronie słyszymy jakiś wrzask, krzyk, gwizdy. Odwracamy się i co widzimy? Strażnik graniczny coś od nas wyraźnie chce. Co się okazało? To jest przejście tylko i wyłącznie samochodowe, co za tym idzie nie można go przejść pieszo. Nie pomogły moje prośby i tłumaczenia, że my nie mamy transportu, a w około autobusów nie ma. Nie mamy także pieniędzy dla taksówkarza, który wyrósł z pod ziemi przedstawiając się jeszcze jako przyjaciel strażnika, gotowy sprzedać nam swoje usługi za specjalną, niebotycznie wysoką ceną. 

Przewieziecie?

Nie pozostało nam nic innego jak wrócić w kilometrową kolejkę samochodową i pytać się ludzi czy nas nie przewiozą. Trwało to długo zanim ktokolwiek mógł i zechciał nas zrozumieć, bo język angielski w tamtym towarzystwie był chyba uważany za raniący ich lokalny patriotyzm. Nie było tego złego, gdyż po czasie upolowaliśmy auto ze starszym małżeństwem, które przewiozło nas przez granicę. Na niej starszy Pan cichaczem dał łapówkę pogranicznikowi, tylko po to by nikt nie chciał nam trzepać bagaży. Bo nie daj Boże znaleźli by u nas jakiś niepożądany towar i miałby on z tego tytułu problemy. Starsi państwo byli tak mili, że podwieźli nas – nadrabiając sporo kilometrów – prosto na przeprawę promową przez Dunaj. 

Smrodliwie romantycznie

Będąc już wieczorem po rumuńskiej stronie Dunaju, zabraliśmy się za szukanie przytulnego miejsca do rozbicia namiotu i dłuższego odpoczynku. Szliśmy tak i szliśmy, mijając hałdy śmieci, bagna, błota, kupy zwierząt wszelakich, znowu śmieci, znowu bagna, aż dotarliśmy do – według nas – oazy oddalonej od, ekhm… „rumuńskiej cywilizacji” i wszystkiego innego. Zrobiło się romantycznie, słońce powoli zachodziło, byliśmy tylko My, brudny Dunaj i rozciągający się w około las. Owszem tak było, ale tylko przez pięć minut, gdyż w szóstej mieliśmy nieprzyjemność gościć lokalsa: rumuńskiego stuprocentowego żywego pastucha. Ów pastuch stał się naszą zmorą przez kilka godzin, miażdżąc cały urok tego miejsca i zabierając nam ciężko znaleziony kawałek oazy. Od razu przeszedł do rzeczy i dosłownie bełkotał do nas w swoim własnym narzeczu, jednocześnie machając łapami coś na znak, że chce papierosa albo pieniędzy, a „w zasadzie mogę wziąć wszystko co macie”. 

Michał – mój ukochany – który jest najspokojniejszym człowiekiem jakiego znam, a którego nie da się wyprowadzić z równowagi, stał już na skraju wytrzymałości nerwowej. Zbeształ – jak przystało na Polaka po polsku – natręta. Zrobił to na tyle przekonująco, że mimo iż pastuch nic nie zrozumiał, to miał w sobie na tyle „inteligencji”, że dotarło do niego, że jak zaraz nie wróci skąd przyszedł, to straci którąś z kończyn.

Po tym incydencie, z lekkim niesmakiem rozbiliśmy namiot, chcąc nieprzerwanie spać jak najdłużej. Niestety, przerwa nastąpiła. Będąc w namiocie usłyszeliśmy koszmarne nieludzkie odgłosy, ewidentnie zbliżające się do nas w dość szybkim tempie. Ja ze strachem w oczach i gazem w ręku, a Michał z aparatem czym prędzej wyskoczyliśmy z namiotu, by zaskoczyć przeciwnika i odeprzeć atak. Jednak zamiast odparcia zagrożenia padliśmy ze śmiechu. Naszym oczom ukazało się biegnące do nas stado normalnych, różowiutkich, „domowych” świń. 

Chwila luksusu

Podróżowaliśmy po tym kraju, zwiedzając przy okazji miasta oraz okoliczne wsie, jednocześnie zmierzając do Bułgarii. Do Bułgarii wkroczyliśmy na „VIP-a”, gdyż zatrzymało się przy nas auto z klimatyzacją. Rozpieszczeni przez walory tego samochodu, zapragnęliśmy się umyć czymś innym niż antyperspirantem i zasnąć na czymś innym niż karimata – zwyczajnie parę dni odpocząć oraz nabrać sił do dalszej drogi. Znaleźliśmy hotelik nad samym Morzem Czarnym za totalnie śmieszne pieniądze. Za równowartość tej ceny w najtańszym Polskim hostelu mogłabym siedzieć najwyżej pół doby, a my zostaliśmy tam cztery dni. Po nich nadszedł czas na pożegnanie z Michałem, którego w Polsce czekały obowiązki, a mnie zaś dalsza droga. Wspólnie dojechaliśmy do Warny i tam nasze drogi się rozjechały: Michał poszedł łapać stopa w kierunku północnym, a ja w południowym. 

Złodzieje

Niestety nasze rozstanie nie trwało długo. Po zaledwie po dwóch dniach i mocy wrażeń musiałam dogonić Michała w drodze do domu, gdyż pod granicą turecką zostałam doszczętnie okradziona przez dwóch bułgarskich chłopaków, którzy wzięli mnie na stopa do Stambułu. Straciłam wszystko, oprócz małej torebeczki w której miałam paszport, trochę podręcznych pieniędzy i telefon. Doszło do tego w taki sposób, że chłopaki zatrzymali się na poboczu drogi, w celu naprawy czegoś w samochodzie – bo coś im w nim „łomotało”. Z faktu iż jestem przyszłą Wielką Panią Inżynier Mechaniki, to wyszłam i zanurkowałam pod auto. W tym czasie jeden z chłopaków w mgnieniu oka wskoczył z powrotem do auta i z piskiem opon obaj odjechali z całym moim podróżniczym osprzętem. Nie pozostało mi nic innego, jak z lamentem dojść do głównej drogi i zobaczyć co dalej. Szczęściem w nieszczęściu młode bandziory wyrzuciły na pobocze sporą część moich rzeczy, w tym plecak nieco zdewastowany przeszukiwaniem w nim cennych rzeczy. Jedyną rozsądną w tym momencie decyzją był jak najszybszy powrót do ojczystego kraju i podreperowanie funduszy, wraz z całym osprzętem. Powrót odbył się w ekspresowym tempie. Dojechałam na stopa do Michała, który na mnie poczekał. Razem już złapaliśmy busa, którego kierowcą był Andrij i z nim ruszyliśmy, aż do samej Ukrainy. Z niej zaś kolejnymi, szybkimi stopami prosto do Polski. 

W Polsce spędziłam 5 dni, wyrobiłam nowe dokumenty, a dzięki przyjaciołom zdobyłam nowe rzeczy. I tym razem ruszyłam sama w moją małą azjatycką ekspedycję.

Podejście drugie

Cel miałam konkretny: dostać się w dość szybkim czasie do Iranu, gdyż zależało mi na wykorzystaniu wizy, którą miałam już od dłuższego czasu wyrobioną w Polsce. To też ekspresowo przejechałam drogę do Sofii, a w niej za 40$ kupiłam bilet autobusowy do Stambułu. 

Turcja. Moje pierwsze wrażenie z tego kraju były pozytywne: przemiłe towarzystwo na granicy, bezproblemowe kupno wizy, zakumplowanie się z miłym Francuzem zmierzającym do Gruzji. I to na tyle. Będąc w Stambule kilka godzin wiedziałam już, że jeżeli zaraz dalej stąd nie ruszę, to rodzina będzie mogła mi wysyłać paczki do tureckiego więzienia, bo komuś a raczej jakiemuś tureckiemu facetowi zrobię bardzo dużą krzywdę. 

Turecka nieobyczajność

Mentalność turecka jest nad wyraz obleśna, pełna samych seksualnych propozycji. Każda jazda metrem sprowadzała się do klepania po tyłku, obleśnego cmokania i kiwania głową na znak „chodź ze mną”. Paranoja. Każde moje pytanie o drogę sprowadzało się do „chcesz spróbować Turka?” albo „seks blondi?”. Jedynym wyjściem okazało się znalezienie wybawienia, którym był autobus. I tym sposobem, przejechałam wszerz w jedną stronę Turcję, aż dojechałam do mojego raju czyli Iranu. 

Iran okazał się wspaniałym krajem, z niesamowicie  życzliwymi ludźmi. Krajem gdzie na drodze „samostopy” wyprzedzały wyciągnięcie mojej ręki. W ciągu mojego, prawie trzytygodniowego pobytu nie spotkała mnie tam ani jedna przykrość ze strony ludzi. Spotkała za to od strony władz, gdyż nie dostałam wizy do Pakistanu. Powiedziano mi wręcz, że turystom z Europy nie wydają w tym czasie wiz, ponieważ ostatnio we wschodnim Pakistanie są częste porwania, gdzie między innymi porwano turystę z Europy. Dodatkowo trwały zamieszki na granicy indyjsko-pakistańskiej i ogólnie rzecz biorąc mam sobie już iść i szybko nie wracać. 

Plaże, jak plaże

Po raz drugi, podczas mojej podróży zmiękły mi nogi, opadły ręce, a na buzi wisiał smutek i żal. Wiedziałam, że to blokada nie do przejścia, a podróż do Indii oraz Bangladeszu ograniczy się do jazdy palcem po mapie i snuciu dalszych marzeń. Nie pozostało mi nic jak zabrać swoje manatki i wracać.

Powrót odbył się bez większych ceregieli, omijając bezpośrednie starcie z Turcją – a raczej z jej męskimi mieszkańcami. Kupiłam bilet w Tabriz i pojechałam na południe Turcji zobaczyć owiane sławą plaże. Według mnie przypominały przerośnięte i drogie chorwackie kurorty dla „opalających się waleni”. Droga powiodła mnie dalej, przez Turcję, do Stambułu, skąd ruszyłam powdychać greckiego powietrza. W Grecji złapałam coś do Serbii, i tak powolutku ciągnąc na północ zatrzymałam się w polskich Tatrach, w których spotkałam się z Michałem. Tam przeszliśmy szlak numer jeden w Polsce czyli Orlą Perć i wymęczeni do ostatnich sił wróciliśmy do Gdańska.

Jak to mówią do trzech razy sztuka, więc następnym razem mam już nadzieje, że podbiję Indie.

Paula Fijało

Redakcja Pod Prąd

Magazyn "płyń POD PRĄD” jest ogólnopolskim bezpłatnym kwartalnikiem studenckim z corocznym numerem specjalnym - STARTER dla studentów pierwszego roku. Magazyn trafia w potrzeby studentów używając różnorodnych form, takich jak: reportaże z ważnych wydarzeń na uczelniach; wywiady ze studentami, psychologami, profesorami, ciekawymi ludźmi; prezentacje kół naukowych; porady dotyczące zachowania się w różnych sytuacjach w życiu studenckim. „płyń POD PRĄD” dotyka ważnych tematów w życiu społecznym studenta, takich jak nauka, wartości oraz relacje międzyludzkie. Chcesz do nas pisać? Napisz! redakcja(at)podprad.pl Chcesz by objąć patronatem wydarzenie studenckie? Napisz do Marty! Marta Chelińska mchelinska(at)hotmail.com Kontakt do naczelnej - Katarzyny Michałowskiej: naczelna(at).podprad.pl

Komentarze

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także Studenci

Na górę