Oko w oko z drapieżnikami, bo są chwile, które człowiek zapamięta do końca życia

Ocena użytkowników:  / 1
SłabyŚwietny 

Podróżować to rodzić się i umierać co chwila, napisał Wiktor Hugo. Aby to zrozumieć, trzeba przeżyć podróż życia, w której oprócz poznania nowego lądu, poznaje się przede wszystkim siebie.

Krokodyl i Arek

Będąc w prowincji Chiang Mai, na północy Tajlandii, mieliśmy plan zobaczyć Tiger Kingdom (Królestwo Tygrysów), w którym można zrobić sobie zdjęcie ze zwierzęciem. Ruszyliśmy tam z kolegą, by po dwudziestu minutach, zobaczyć budynek, który wyglądał jakby wokół klatek z zoo zbudowano plenerową restaurację na drewnianych podestach. W centralnej części znajdowała się klatka z największymi tygrysami, a wokół niej, przy stolikach siedzieli łowcy wrażeń, czekający na swoją kolej spotkania z drapieżnikami.
Małe, średnie, duże – wybieraj
Bilety do konkretnych klatek sprzedawane były w pakietach, w zależności od wybranych opcji. Tygrysy podzielono według rozmiarów: malutkie (ang. baby tigers), średnie mniejsze, średnie większe i duże. Dodatkowo można było wynająć profesjonalnego fotografa, ale ta możliwość kosztowała tyle, co bilet do wszystkich klatek z tygrysami.
Przed zakupem biletu, należało podpisać oświadczenie na wypadek ewentualnych urazów wyrządzonych zwiedzającym przez zwierzęta. Mając bilety i przydzielony numer, można było usiąść w restauracji i obserwować ludzi , którzy już byli w klatkach.


Trzyminutowe spotkanie
Mieliśmy dużo czasu na zrewidowanie pomysłu, ponieważ na największe tygrysy trzeba czekać około dwie godziny. W czasie oczekiwania zaczęły dopadać nas wątpliwości. Pozytywne emocje przeplatały się z negatywnymi. Zaczęły pojawiać się pytania: Czy na pewno chcę to zrobić? Czy to zdjęcie jest warte ryzyka? Wahałem się, ale wiedziałem, że jeśli zrobię krok w tył, to będę żałował do końca życia. W życiu żałuje się tylko tych rzeczy, których się nie zrobiło. Nie mogło wśród nich znaleźć się zdjęcie z żywym tygrysem.
Do poszczególnych klatek ze zwierzętami, ustawiały się osobne kolejki. Kilkunastominutowy czas spędzany w klatce podzielony był według stacji z różnymi tygrysami, co dawało na każdego po 3-4 minuty. W takiej chwili chciałoby się od razu mieć pomysł na zdjęcie i poprosić tygrysa, żeby się ustawił w dobrej pozycji, choć wiadomo, że to niemożliwe.
Widać było, że jedne zachowują się przyjaźnie, inne z kolei są ruchliwe i treserzy muszą je dyscyplinować strasząc bambusowym kijem. Klatka ze wszystkich stron otoczona jest wysoką siatką, a wszystkie elementy, przez które tygrys mógłby przeskoczyć (np. drzewa) otoczone są drutem pod napięciem. Nie ma to jednak wpływu na wrażenia: tygrys jest dzikim zwierzęciem. Potrzebuje jedynie ułamka sekundy, by pochwycić swoją ofiarę za szyję i przegryźć jej tętnicę. Po godzinie oczekiwania nadeszła pora wejścia do pierwszej klatki.
W klatce z tygrysem
Po przekroczeniu podwójnie zabezpieczonego przedsionka dostaliśmy tresera, który poinstruował nas, że nie wolno podchodzić do tygrysów od przodu, ani dotykać ich powyżej barku. Ponieważ tygrysy na pierwszej stacji odpoczywały, treser kazał położyć się na nich. Starałem się opanować podenerwowanie, żeby wszystko co się dzieje, zostało w pamięci. Do tej pory tygrysy i takich śmiałków oglądałem w internecie. Myślałem, że tylko inni mogą podróżować i mieć ciekawe przygody. Teraz to pomarańczowo-czarne chropowate futro, którego właściciel zjadłby człowieka na śniadanie, jest moją poduszką.
Każdy próbował przeciągnąć czas przebywania w klatce, by jak najwięcej skorzystać, ale kolejne osoby czekały na wejście. Gdy wyszedłem z pierwszej klatki pojawiła się myśl: A może następny będzie agresywny? Może wydarzy się coś nieoczekiwanego? Co jeśli treserzy będą musieli gwałtownie interweniować?
A może chciałbyś zginąć?
W następnej klatce czekały na nas dorosłe zwierzęta. Ruszyliśmy do stacji, na której jeden z nich wylegiwał się na stole. Treser zachęcił do podejścia. W przypływie emocji, pomyślałem, że fajnie byłoby stanąć na stole, nad tygrysem. Kiedy już jedną nogę stawiałem na stole meblu, zdecydowany głos krzyczącego tresera nie zostawił złudzeń: Do you want to die, Sir?!
Przy kolejnym stanowisku, nauczony doświadczeniem, oparłem się spokojnie o zwierzę i uśmiechnąłem do zdjęcia. Za mną niespodziewanie przeszedł inny tygrys. W jednej chwili poczułem respekt do tych zwierząt. Zdałem sobie sprawę, że gdyby na mnie wskoczył, nie mógłbym nic zrobić.
Kolejny raz okazało się, że bycie odważnym jest wynagradzane i daje poczucie szczęścia. Emocje zaraz po wyjściu z klatki dawały się we znaki: brzuch zaciskał się od adrenaliny. Było jasne, że na tym nie koniec wrażeń. Z pomocą przyszedł kierowca, który zaproponował pokaz z krokodylami. Nietrudno zgodzić się na taką propozycję.
Głowy w paszczach
Show odbywało się w niewielkim pomieszczeniu zadaszonym blachą. Nad areną znajdowało się kilka poziomów widowni. Na wykafelkowanej i mokrej posadzce dwóch trenerów pląsało pomiędzy ośmioma krokodylami. Grała muzyka podobna do tej, która towarzyszy występom cyrkowców. Treserzy wkładali ręce lub głowy do paszcz gadów. Numerem popisowym było ekspresowe wyciągnięcie ręki, tuż przed kłapnięciem masywnych szczęk. Zamknięciu szczęki krokodyla towarzyszył huk, a blizny na ciele tresera uruchamiały wyobraźnię. Po zakończeniu pokazu treserzy rozpoczęli poszukiwania ochotników do wejścia na arenę do gromady dorosłych krokodyli.
Ludzie zaczęli pomału wychodzić z pomieszczenia lub robić sobie zdjęcia z daleka. Mimo wahania, ruszyłem jako pierwszy.
Całując krokodyla
Wchodząc do fosy na arenie należało zdjąć buty. Mokra i śliska jak lodowisko posadzka nie dawała poczucia oparcia. W razie ucieczki, łatwo można było stracić równowagę. Treser zawołał mnie na środek areny do największego krokodyla i powiedział, żebym pociągnął go za ogon. To kolejna atrakcja, przy której można narazić życie Podszedłem ostrożnie od tyłu. Gad wyglądał na spokojnego. Chwyciłem za ogon i zacząłem ciągnąć. Szarpałem z całej siły, krokodyl ani drgnął, a ślizgające się po kafelkach nogi przekreślały kolejne próby. Treser zaproponował więc, bym podszedł do paszczy i pogłaskał zwierzę po nosie. To był dopiero początek atrakcji. Po kilku zdjęciach z ręką na nosie, powiedział, żebym pocałował krokodyla. Zebranie odwagi to niełatwa sprawa, ale udało się. W momencie, gdy całowałem krokodyla usłyszałem Inside, inside! Treser chciał, bym włożył dłoń do paszczy krokodyla.
Napięcie okazało się znacznie większe niż w klatce z tygrysami. Zwierzę mogłoby zamknąć paszczę w ułamku sekundy, co spowodowałoby tragedię. Potężne gady posiadają największą siłę zgryzu na świecie. Szczęka krokodyla bez trudu miażdży czaszki krów oraz skorupy większości żółwi.
Wkładając rękę do paszczy gada, udział biorą wszystkie zmysły. Człowiek obserwuje każde jego drgnięcie. Rękę do paszczy wsuwałem niemalże z chirurgiczną precyzją. Byle nie zahaczyć o zęby lub podniebienie, żeby nie wywołać niespodziewanej reakcji. Wszystko musiało udać się za pierwszym razem. W takich chwilach różne opory, mentalne granice, przekonania o sobie pękają jak bańki mydlane. Człowiek w kilka minut staje się kimś innym – na zawsze wzmocnionym, z wspomnieniami, które wznoszą go na poziom nieosiągalnych kiedyś poprzeczek.
Z perspektywy kilku miesięcy, przeglądając zdjęcia, chciałoby się jeszcze raz na moment wrócić do emocji przeżywanych na arenie. Przed wyjazdem nie wiedziałem, jak zareagowałbym w takiej sytuacji z krokodylem: sparaliżowałby mnie strach czy podjąłbym wyzwanie? Teraz odpowiedź jest oczywista. To są chwile, które człowiek zapamięta do końca życia. Interpretując słowa Wiktora Hugo: po takim doświadczeniu człowiek rodzi się na nowo.

Arkadiusz Naruk
Twórca bloga anaruk.pl, wejdź po więcej artykułów o rozwoju osobistym.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież