Wszystko za parę groszy – reportaż

Ocena użytkowników:  / 1
SłabyŚwietny 

Zima, rok 2000. Dwudziestoośmioletnia Agnieszka mieszka od czterech lat w Rosji, w Rostowie nad Donem. Wynajmuje mieszkanie w spokojnej dzielnicy miasta. Wokół bloku nie ma chodników, a w czasie deszczu chodzi się po kolana w błocie. Winda często się psuje, na siódme piętro trzeba wchodzić po schodach.

maly reportaz

W mieszkaniu mieści się także biuro chrześcijańskiej organizacji misyjnej, w której Agnieszka pracuje, pomagając studentom na uniwersytecie. – To była sobota – wspomina. – Byłam wtedy przeziębiona i nie mogłam uczestniczyć w żadnych atrakcjach. Moi znajomi oglądali razem film, a ja zostałam sama w domu, żeby się bardziej nie rozchorować – mówi Agnieszka.

Dzwonek do drzwi
Wieczór, godzina 21. Ktoś dzwoni do drzwi, jakiś chłopak. – Będąc jeszcze za drzwiami, zapytał, czy to ja jestem Agnieszka – wspomina dziewczyna. – Powiedział, że jego kolega był zaproszony do mojego mieszkania na spotkanie świąteczne, więc ufnie go wpuściłam. Zaczął wyjaśniać, że byłby zainteresowany uczestnictwem w spotkaniach naszej organizacji – dodaje. Chłopak zdejmuje buty, Agnieszka zaprasza go do salonu. Przez chwilę rozmawiają. Gość opowiada o swoim rozczarowaniu kościołem prawosławnym. Nie znajduje w nim tego, czego oczekuje i z tego powodu chciałby uczestniczyć w spotkaniach chrześcijan.

Chwila nieuwagi
– Było zimno, więc zrobiłam mu herbatę. Gdy nachylałam się do stolika, aby mu ją podać, złapał mnie wpół. Kiedy zaczęłam krzyczeć, powiedział stanowczo: Nie krzycz, bo cię zabiję. Przestałam – opowiada. – W tym momencie poczułam uderzenia nożem w plecy. Poziom adrenaliny był tak wysoki, że nie czułam żadnego bólu. Jedyne uczucie fizjologiczne, jakie pamiętam, to ciepło krwi na plecach. Wydawało mi się, że nie straciłam przytomności. Myślałam, że od razu przywiązał mnie do fotela, ale chyba dopiero wtedy tak naprawdę się ocknęłam. Z opowieści koleżanki usłyszałam, że musiałam długo leżeć na kanapie, bo była cała we krwi. Ciężko mi było oddychać, słyszałam własne rzężenie, nienaturalnie łapałam powietrze – mówi.
Na plecach Agieszka ma trzy blizny. Dwa uderzenia były niegroźne. Trzecie trafiło w okolicę środka pleców. – Nóż przeszedł przez żebra. Straciłam bardzo dużo krwi, miałam zapadnięte płuco – wspomina Agnieszka.

Skrzywdzić, by ukraść
Do napadu dochodzi w celach rabunkowych. Po pewnym czasie dziewczyna zaczyna rozumieć, że w pomieszczeniu znajdują się jednak dwie osoby. Szukają pieniędzy. Wiedzą, że Agnieszka jest z zagranicy, więc jest łatwym łupem. Myślą, że oszczędności ma ukryte gdzieś w mieszkaniu. – Na początku, a były to późne lata 90-te, rzeczywiście przywoziliśmy trochę dolarów, żeby opłacić wynajem mieszkań i mieć na życie. Po jakimś czasie założyliśmy jednak konta w banku i od tamtej pory nikt w domu pieniędzy nie trzymał – dzieli się kobieta.
Z mieszkania wynoszą wszystko, co się da. Między innymi skrzynki z biżuterią o niewielkiej wartości. – Nie miałam ani pereł, ani złota, jedynie sentymentalne rzeczy, drobiazgi – opowiada. – Przestępcy zabrali magnetofon, komputer, drukarki, skanery z biura. Wywrócili całe mieszkanie do góry nogami. Nie chcieli mieć świadka, dlatego posunęli się do takiego czynu. Odkręcili gaz i zostawili mnie przywiązaną do fotela, z zaklejonymi taśmą ustami. Nie miałam mieć szans na przeżycie. Wyszli, zamykając za sobą drzwi na klucz – relacjonuje.

W ostatniej chwili
Zanim pierwszy z oprawców wejdzie do domu Agnieszki, dziewczyna rozmawia przez telefon z koleżanką. Dzwonek do drzwi przerywa ich rozmowę. Mówi, że za drzwiami stoi jakiś chłopak i oddzwoni. Potem nie ma takiej możliwości – poza tym, że jest związana, mężczyźni wyciągają wtyczkę od telefonu. Ela, koleżanka Agnieszki, martwi się. Prosi męża, dyrektora misji, aby sprawdził, czy wszystko jest w porządku. Mężczyzna nie może wejść do domu, nie ma kluczy. – Krzyczałam przez drzwi, że umieram, że potrzebuję lekarza i policji. Z perspektywy czasu śmieszy mnie, że w tamtej chwili czułam taką potrzebę sprawiedliwości. Miałam wrażenie, że policja bała się włamać do mieszkania – opowiada.
Sąsiadka, choć ma możliwość wpuszczenia policji do mieszkania przez balkon, nie robi tego. Obawia się, że będzie mieć do czynienia z przestępcami. W międzyczasie okazuje się, że klucze do mieszkania ma inny kolega z zespołu Agnieszki. Policjanci czekają na niego i wchodzą do mieszkania.
Dziewczyna zostaje uratowana w ostatniej chwili, do szpitala trafia po północy. W karetce nie pozwalają jej zasnąć. Gdyby to się stało, organizm nie miałby siły walczyć. Według opinii specjalistów ma 1% szans na przeżycie. Podczas czterogodzinnej operacji jej znajomi siedzą na korytarzu. – Lekarze nie dawali mi żadnej nadziei. Mówili, że stan jest ciężki, niestabilny i nawet jeżeli uratowaliby moje życie, istnieje możliwość poważnych powikłań z powodu niedotlenienia mózgu, takich jak paraliż lub utrata pamięci – relacjonuje. Nic takiego się nie dzieje, ale Agnieszka długo wraca do normalności. Przewożą ją do polskiego szpitala.

Sprawiedliwość jest blisko
Pół roku później Agnieszka zostaje wezwana na policję w Rostowie. Dostaje informację, że znaleźli podejrzanych. Powrót dużo ją kosztuje. Boi się, że przestępcy dowiedzą się o jej locie do Rosji. – Nawet podczas przesiadki w Moskwie wydawało mi się, że różni mężczyźni się na mnie gapią – wspomina.
Podczas wizji lokalnej nie rozpoznaje przestępcy. – Nie wiem, czy to była ta osoba, może straciłam pamięć przez stres – zastanawia się. – Policja naciskała, że wszystko wskazuje na niego, ale ja nie mogłam z czystym sumieniem powiedzieć, że to on, aby wreszcie zamknęli sprawę – dodaje.
Gdy wraca do Polski, lęki się nasilają. – Stres zaczął ze mnie wychodzić później, pod koniec roku – mówi. – Mój organizm reagował poza mną. Budziłam się w nocy i miałam poczucie, że w pokoju znajduje się zmaterializowane zło. Miałam wrażenie, że jestem bardzo daleko od dobra, od bezpieczeństwa – relacjonuje. Z przeżytym koszmarem Agnieszka walczy też w snach. – Śniło mi się, że ktoś włamuje się do mojego mieszkania i tym razem nie przeżyję – opowiada. Budząc się w nocy, ma wrażenie, że oprawca nad nią stoi. – Sny miałam przez długi czas, nawet gdy dwa lata później wyjechałam do Stanów Zjednoczonych. Śniło mi się na przykład, że ktoś wybija okno w mieszkaniu, w którym wtedy przebywałam – dodaje.

Nadzieja w Bogu i terapii
Agnieszka postanawia skorzystać z fachowej pomocy terapeuty. Myśli, że terapia będzie długa, ale wystarcza kilka spotkań. – Bardzo ważne było dla mnie wtedy nazwanie tego, co się ze mną działo – wspomina. Terapeutka mówi, że człowiek, aby funkcjonować, musi mieć zaspokojone podstawowe potrzeby: własnej wartości, bycia kochanym, poczucia bezpieczeństwa i nadziei na przyszłość. Tamtej nocy, gdy sprawcy atakują kobietę i traktują ją jak przedmiot, odbierają jej to wszystko. – W pewnym sensie byłam na własnym pogrzebie – mówi. – W chwili ataku wydawało mi się, że w ten sposób, w Rosji, kończy się moje życie – dodaje Agnieszka.
– Nieco później, po napaści, włączył się we mnie instynkt przetrwania. Człowiek za wszelką cenę chce żyć, nawet gdy jest bardzo słaby fizycznie i ledwo łapie powietrze – mówi. Wydarzenie mocno wpływa na relację Agnieszki z Bogiem. – Jestem przekonana, że zostałam uratowana w cudowny sposób. Bóg uratował moje życie i jestem mu wdzięczna. Doświadczyłam Boga w działaniu – dzieli się.
Przed atakiem Agnieszka określa siebie jako wierzącą, ale boryka się z tym, że jej życie nie przystaje do tego, co zostało napisane w Biblii. – Był to dla mnie duży problem. Czułam spory dysonans i intensywnie zastanawiałam się, jak wygląda moja wiara – opowiada. Kilka miesięcy przed atakiem Agnieszka modli się, aby ten dysonans się zmienił, żeby nie musiała walczyć z tym, jak wygląda jej życie w porównaniu z prawdami Pisma Świętego. – Myślę, że wydarzenie w Rosji było odpowiedzią na tę modlitwę, bardzo zbliżającym do Boga doświadczeniem – wspomina.

Nie było nienawiści
Do sprawców Agnieszka nie czuje nienawiści. – Nienawiść niszczy człowieka wewnętrznie – mówi. – Gdybym żywiła ją do tych ludzi, i tak nie miałabym jak im jej okazać. Mogę jedynie powiedzieć, że był to dla mnie szok, że ktoś jest w stanie zabić drugiego człowieka, żeby zdobyć parę groszy. Nie odbierałam tego osobiście, bo sprawcy byli dla mnie obcymi ludźmi. Gdybym ich znała, odczuwałabym to inaczej – dodaje.
Kobieta często dostaje pytania o to, jak wyglądał jej proces przebaczenia. – Nie pamiętam, żebym się z tym borykała – wspomina. – Odczuwałam po prostu litość. Myślałam o tym, jak biedny jest człowiek, który upada tak nisko. Jak małą wartość ma dla niego ludzkie życie. Uważam, że komuś bliskiemu trudniej byłoby przebaczyć – mówi. Agnieszka potrzebuje jednak pozbyć się oskarżających myśli. – Wydaje mi się, że zbyt łatwo pogodziłam się z tym, że jestem ofiarą – opowiada. – To w końcu ja wpuściłam tę osobę do mieszkania, więc musiałam blokować każdą myśl, żeby za to, co się wydarzyło, nie przypisywać winy sobie.

Przebudzenie
Po powrocie do Polski Agnieszka trochę tęskni za Rostowem. Kiedy wraca tam po pół roku na rozpoznanie sprawcy, wydaje jej się, że znajduje się zupełnie gdzieś indziej. – Rostowo nie było pięknym miastem, ale wcześniej tego nie widziałam. – opowiada. Na rynku, na którym zwykle robiłam zakupy, koło mięsnych stoisk błąkały się bezdomne psy – dodaje. Po raz pierwszy doświadcza odrazy do tego miejsca.

Patrycja Oryl

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież