Nasz profile

Po dachach i piwnicach, czyli miejscy eksploratorzy

Studenci

Po dachach i piwnicach, czyli miejscy eksploratorzy

Po dachach i piwnicach, czyli miejscy eksploratorzy

Urban exploring. Urbex. Explo. Większości studentów te słowa pewnie nic nie mówią. W końcu kogo może obchodzić, że banda zapaleńców (lub wariatów, zależy jak na to spojrzeć) buszuje po opuszczonych fabrykach, kamienicach lub wchodzi do kanałów ściekowych?

Zjawisko urban exploringu, zwanego w gwarze po prostu explo, jest jednak dużo bardziej złożone, niż mogliby przypuszczać zwykli zjadacze chleba. Brak znajomości tego tematu wynika z faktu, że explo jest swego rodzaju strefą cienia. Penetratorzy niechętnie udzielają wywiadów z obawy przed zdekonspirowaniem interesujących obiektów oraz z powodu półlegalnego charakteru ich działalności. Upowszechnienie informacji o niektórych miejscach spowodowałoby masowe pielgrzymki źle przygotowanych amatorów, a w konsekwencji, wzmożenie ochrony miejscówki, czyli jej spalenie. Stąd zainteresowania osób postronnych, a zwłaszcza mediów, eksploratorzy unikają jak ognia.

Założenia

Istotą explo jest zwiedzanie opuszczonych obiektów architektonicznych. Z reguły znajdują się one na terenie miejskim, choć nie zawsze (np. bunkry). Jest to działalność nieoficjalna, w obiektach, których status prawny zwykle jest niewyjaśniony, ale które zostały wyłączone z eksploatacji i (z reguły) oczekują na wyburzenie. Niektóre lokacje są wolno dostępne, do innych zaś trzeba wchodzić w sposób mniej lub bardziej inwazyjny, czasem używając sprytu i podstępu.

Środowisko

Ostoją eksploratorów są fora internetowe, gdzie pocztą pantoflową przenoszone są informacje o miejscówkach i zazdrośnie strzeżone są sposoby wejścia do nich. Na forach zbierają się również ekipy na wypady. Środowisko jest dość nieprzychylne nowicjuszom, często odnosząc się do nich z wyższością lub politowaniem. Znamienne jest powiedzenie eksplorator nie pyta, jak wejść, eksplorator to wie. Jednak trudno powiedzieć, by grupa była hermetyczna. Eskapady ustala się ad hoc, rzucając hasło udania się w jakieś miejsce, po czym nieraz zupełnie nieznani sobie ludzie spotykają się w umówionym punkcie i idą razem dzielić trudy i niebezpieczeństwa wyprawy. W akcji pomagają słabszym np. przy pokonywaniu przeszkód. Względem siebie są życzliwi, dużo bardziej niż w Sieci. Następnie wymieniają się zdjęciami i wracają do swoich zajęć, ale kontakt trwa w oczekiwaniu następnej eskapady. Potem zdarza się odebrać nagły telefon z zapytaniem od kolegów, szukających wejścia do obiektu czy drogi do niego. ― Kiedyś nakierowywałem ekipę przez telefon, patrząc na mapę satelitarną i podając koordynaty ― śmieje się eksplorator. Kim są eksploratorzy? Jeżeli myślisz, że wyglądają niczym bohaterowie cyberpunkowych komiksów, to jesteś w błędzie. Na co dzień to zwykli ludzie uczący się, pracujący. Łączy ich jednak niezwykła pasja.

Trofea

Jedni penetratorzy gustują w kanałach, inni w kominach lub bunkrach. Niektórym wystarczy sam fakt zdobycia obiektu. Drugim mało uwiecznienia miejsca na kliszy, więc zabierają pamiątki do domu. Zresztą kwestia owych pamiątek dzieli środowisko. Toczy się spór między kolekcjonerami, zwanymi przez oponentów szabrownikami, a fotografami hołdującymi zasadzie take nothing, but photos, leave nothing, but footprints. Z punktu widzenia praktyczności, lepiej żeby nieraz cenne i ciekawe przedmioty znalazły się w kolekcjach eksploratorów zamiast ulec destrukcji. Z kolei fotograficy zwalczają zajadle zabieranie im motywów do zdjęć, w myśl zasady jeden zabierze, choć dziesięciu mogło pstryknąć. Czasem trafiają się prawdziwe perełki. M.in. w Otwocku w zrujnowanym Pol-Hotelu znaleziono dokumentację archiwum komunistycznego ruchu młodzieżowego z oryginalnymi donosami i aktami personalnymi z lat 40. Jednak zwykle znajduje się tylko różne drobiazgi codziennego użytku, choć każdy z eksploratorów poszukuje własnego św. Graala. Relacje o magazynach powstańczej broni wykopanych po wojnie na warszawskiej Starówce, rozpalają umysły i skłaniają do opukiwania ścian sklepionych piwnic i zaglądania pod belki stropowe. Zazdrość wzbudzają znaleziska w rodzaju starych fotografii, poniemieckich dokumentów czy nawet pamiętnika lesbijki z lat 70.

Akcja

Na wyprawy jedni idą uzbrojeni jak na wojnę, w kasku i ochraniaczach. Inni prosto z imprezy lub pracy, z kieszonkową latarką lub, co jest uważane za szczyt amatorstwa, świecąc komórką. Najlepsi inwestują w profesjonalny ekwipunek wspinaczkowy, na miejsce akcji dojeżdżając samochodami. Bezpieczeństwo spędza sen z powiek rodzinom eksploratorów. Najbardziej oczywistym wydaje się być zagrożenie budowlane, niektóre obiekty są mocno nadwątlone i dosłownie sypią się pod stopami. Nawet pozornie stabilne budynki mogą okazać się zdradliwe. W nieistniejącej już kamienicy przy ul. Bema w Warszawie, eksplorator zapadł się po pas w zmurszały strop, który wyglądał zupełnie bezpiecznie. Często też niebezpieczne są ciemne bunkry pełne głębokich, wąskich studzienek zalanych wodą. Stosunkowo bezpieczne są kamienice z międzywojnia, wyposażone w solidne stropy stalowo-ceglane, a także powojenne bloki i fabryki z żelbetu. Ale nie zagrożenie budowlane jest najpoważniejsze. Dużo groźniejsi są autochtoni, szczególnie jeżeli występują w większej grupie. Zamieszkując nielegalnie różnorakie pustostany, obawiają się interwencji służb porządkowych. Zwłaszcza jeżeli zajmują się kradzieżą złomu bądź ukrywają przed wymiarem sprawiedliwości. Ryzyko spotkania z bezdomnymi lub narkomanami sprawia, że penetratorzy raczej nie chodzą samotnie. Dwie osoby to minimalna załoga, zwłaszcza przy nieznanym obiekcie, który może być zamieszkany. Im liczniejsza grupa (do pewnych granic, zbyt liczna wprowadza niepotrzebne zamieszanie), tym większa szansa, że nury uciekną lub zamelinują się gdzieś po kątach, zamiast szukać konfrontacji. Bezdomni raczej nie są agresywni i często sami są bardziej przerażeni niż eksploratorzy.

Kontrowersje

Aspekt prawny jest drażliwą kwestią. Przy obiektach otwartych, gdzie można wejść z ulicy, sprawa jest jasna. Trudniej wytłumaczyć się z przechodzenia przez siatkę czy wchodzenia oknem. Jeżeli lokacja nie jest chroniona, uniknięcie przypału zależy od otoczenia miejscówki i natężenia ruchu wokół. Oczywiście, trzeba mieć również szczęście i umiejętności. Dyskusje z ochroną mogą mieć różny finał, czasem pomaga aparat fotograficzny. Drobny datek też może zdziałać cuda. W przeciwnym razie pozostaje manewr nożny. Zdarza się też, że zwykła rozmowa z wytłumaczeniem celu wizyty otwiera bramę. Choć zwykle próbuje się najpierw wejść (i wyjść) dyskretnych. Wścibstwo sąsiadów, przypadkowych przechodniów czy pracowników okolicznych instytucji, może również narobić kłopotów. Najtrudniej mają kanalarze, choć tłumaczenia o pierścionku, który wpadł do studzienki czasem działają. Miny spacerowiczów zaś, którym na środku chodnika nagle otwiera się właz unoszony przez umorusaną postać, są po prostu bezcenne.

 

Łukasz Karolewski

Redakcja Pod Prąd

Magazyn "płyń POD PRĄD” jest ogólnopolskim bezpłatnym kwartalnikiem studenckim z corocznym numerem specjalnym - STARTER dla studentów pierwszego roku. Magazyn trafia w potrzeby studentów używając różnorodnych form, takich jak: reportaże z ważnych wydarzeń na uczelniach; wywiady ze studentami, psychologami, profesorami, ciekawymi ludźmi; prezentacje kół naukowych; porady dotyczące zachowania się w różnych sytuacjach w życiu studenckim. „płyń POD PRĄD” dotyka ważnych tematów w życiu społecznym studenta, takich jak nauka, wartości oraz relacje międzyludzkie. Chcesz do nas pisać? Napisz! redakcja(at)podprad.pl Chcesz by objąć patronatem wydarzenie studenckie? Napisz do Marty! Marta Chelińska mchelinska(at)hotmail.com Kontakt do naczelnej - Katarzyny Michałowskiej: naczelna(at).podprad.pl

Komentarze

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także Studenci

Na górę