Nasz profile

Powrót do życia, czyli jak można żyć z nerwicą?

Poradniki

Powrót do życia, czyli jak można żyć z nerwicą?

Powrót do życia, czyli jak można żyć z nerwicą?

23-letnia Aneta nie raz doświadczyła koszmaru na jawie. Ręce drętwieją, a na szyi zaciska się niewidoczna pętla. Tak daje o sobie znać nerwica atakująca w najmniej spodziewanych momentach: w autobusie, na ulicy, w trakcie wykładu. I choć Aneta wciąż czuje lęk przed chorobą, dzięki leczeniu walka stała się bardziej wyrównana.

Aneta jest typową studentką – trochę roztrzepaną, lubiącą imprezy. Czasem zaśpi na zajęcia. Ma kręcone włosy i ładny uśmiech. Na pierwszy rzut oka nie widać, że dźwiga ogromny ciężar: od lat zmaga się w nerwicą lękową.

Odwieczny lęk

Aneta zawsze bała się odległości. Im dalej od domu, tym gorzej. Na pierwszym roku studiów każda wyprawa na uczelnię oddaloną o niecałe dziesięć kilometrów była wyzwaniem. To, co dla większości ludzi jest rutynową przejażdżką, dla Anety było torturą. – W pociągu czułam, jakbym nie miała kontroli nad własnym ciałem. Każdy oddech był walką. Często myślałam, że umieram, że już nie wytrzymam, uduszę się – mówi.

Kiedy dojeżdżała do celu, była roztrzęsiona i wyczerpana jak po wielokilometrowym biegu. Przeważnie od razu zawracała do domu – ale i tam nie było różowo. Mama Anety również zmagała się wiele lat z nerwicą lękową. – W najgorszych momentach nie wstawała z łóżka, ciągle płakała. Bała się wyjść nawet na klatkę schodową – wspomina Aneta. I dodaje, że jako dziecko nie potrafiła się w tym odnaleźć. Nie mogła liczyć ani na matkę, ani na ojca, którego szybko zaczęły denerwować humory żony. – Potrafię go zrozumieć. Matka z atrakcyjnej bizneswoman stała się wrakiem kobiety. A ja byłam wtedy dzieckiem i nie umiałam jej pomóc. Można powiedzieć, że wychowałam się na tej nerwicy – dziewczyna dodaje ze smutkiem.

O tym, że Aneta też choruje, ojciec nie wie w ogóle. Przez lata wraz z matką zatajały przed nim wizyty u lekarzy, ataki, problemy z wyjazdami. – Kiedyś byliśmy z ojcem na meczu. Już nie pamiętam dlaczego, ale nagle zaczęłam panikować i miałam problem ze złapaniem tchu. Pytał o co chodzi, był zły, że głośno oddycham i dziwnie się zachowuję. Że ludzie na nas patrzą. Zrozumiałam, że nie mogę liczyć na jego wsparcie – podsumowuje dziewczyna.

Wczesne złego początki

Zaczęło się już w przedszkolu. – Pamiętam, jak pewnego dnia powiedziałam mamie, że zdenerwowałam się i zaczęłam oddychać jak rybka – nie mogłam złapać tchu – opowiada Aneta. Matka zbagatelizowała to, a później nic się nie działo. Aż do feralnej lekcji wychowania fizycznego w gimnazjum. – Ćwiczyłam, kiedy nagle wszystko rozmazało mi się przed oczami, a świat stał się zupełnie nierzeczywisty. Naprawdę się wtedy przestraszyłam – wspomina. Wtedy matka pierwszy raz zabrała ją do lekarza, który przepisał leki. Dzięki temu dziewczyna uspokoiła się i przez kilka następnych lat było dobrze. Aż do liceum. Zanim się obejrzała, już atak gonił atak – choć nie pamięta dokładnie, jak do tego doszło. Najgorszy miał miejsce w wakacje dwa lata temu. Pamięta go jak dziś.

Planowała wraz ze znajomymi wybrać się na kemping oddalony o ponad sto kilometrów od rodzinnego Gdańska. Do ostatniej chwili wahała się. – Szukałam w internecie najkrótszej trasy i sprawdzałam, czy w pobliżu kempingu mieszka ktoś, kogo znam. W końcu zdecydowałam – jadę. Cieszyło mnie, że chęć spędzenia czasu z przyjaciółmi wygrała ze strachem – mówi. Okazało się, że radość była przedwczesna. Kilkadziesiąt minut po starcie poczuła znajome mrowienie w okolicach dłoni. Już wiedziała, że się zaczyna. Wytrzymała jeszcze trochę. W końcu poczuła, że natychmiast musi wysiąść. Zaczęła krzyczeć i miotać się po aucie. Pech chciał, że akurat jechali drogą bardzo wąską, dwukierunkową. Nie było pobocza, więc wymusiła na koledze postój na środku jezdni. – Światła awaryjne, korek, a ja błądząca po polu i próbująca się uspokoić. Musieli odwieźć mnie do domu – Aneta odwraca wzrok.

Jestem bogiem – prawda czy fałsz?

W końcu coś pękło. Dziewczyna postanowiła sprzeciwić się chorobie i w marcu tego roku zgłosiła się do kolejnego psychiatry, choć przed nim było ich wielu. – Pierwszy wmawiał mi, co czuję. Mówił więcej od mnie i uważał, że zna moją chorobę lepiej niż ja – opowiada dziewczyna. – Kolejna pani doktor obierała naprawdę dziwne metody terapii. Kazała mi dzień w dzień chodzić do znienawidzonej przeze mnie galerii handlowej albo jeździć pociągami. To miało oswoić lęk, ale na dłuższą metę niewiele dawało – mówi. Inny z lekarzy przyjął ją na piętnaście minut, zapisał psychotropy i wziął 150 zł. Do żadnego z nich nie wróciła. Na szczęście zła passa do lekarzy została przerwana.

W jednej z przychodni Aneta znalazła lekarkę, która porozmawiała nią, wysłuchała jej i wytłumaczyła działanie leków oraz pożądanych efektów. – Dotąd obsesyjnie czytałam o pigułkach w internecie. Ludzie pisali o tak przerażających skutkach ubocznych, że bałam się wziąć cokolwiek do ust. Lekarka zabroniła mi tego robić – opowiada. Dziewczyna posłuchała i zaczęła zażywać przepisane tabletki. Od niedawna chodzi także na spotkania z psychologiem. Na pierwszej wizycie musiała rozwiązać test składający się z 500 twierdzeń, z którymi mogła się zgodzić (prawda) lub nie (fałsz). Niektóre były naprawdę dziwne. Na przykład: Jestem bogiem: prawda czy fałsz? Słyszę różne głosy: prawda czy fałsz? Gdybym była malarzem, chciałabym malować małe dzieci: prawda czy fałsz? Test wykazał, że Aneta jest neurotyczką o zachwianej pewności siebie oraz niedostatecznym poczuciu bezpieczeństwa.

Powrót do życia

Po ponad pół roku zażywania leków, terapii z psychologiem i dzięki wsparciu najbliższych, Aneta czuje, że coś się zmieniło. – Jestem silniejsza, przestałam chodzić ze spuszczoną głową, a moja pani doktor mówi, że prawie mnie nie poznaje. Na plus oczywiście – mówi Aneta z uśmiechem. Nie ma już kłopotów z obecnościami i obowiązkami na uczelni. Zaczęła też udzielać się w kole studenckim, brać udział w uczelnianych przedsięwzięciach, nawiązywać nowe znajomości. Ostatnio nawet pobiła swój prywatny rekord: samotnie pojechała z Gdańska do Gdyni pociągiem, którego dotąd nienawidziła. Było nieźle. Żadnych ataków, nudności, zawrotów głowy. Nadal jednak nie zrezygnowała z pewnych przyzwyczajeń. Nie wychodzi z mieszkania bez butelki wody i naładowanego telefonu. W portfelu zawsze ma mnóstwo numerów taksówek. Nigdy z nich nie korzysta, ale wie, że tam są. Oprócz tego obsesyjnie spisuje adresy rodziny i znajomych zamieszkałych w Trójmieście.

– Chcę wiedzieć, że mam do kogo pójść, jeśli spanikuję, będąc daleko od domu. To rodzaj zabezpieczenia, które niestety wciąż jest mi potrzebne – przyznaje.

Anna Moczydłowska

Komentarze

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także Poradniki

Na górę